W świetle latarek
W niedzielę rano wstaliśmy o 5.30 (nikt nam nie kazał!), zjedliśmy śniadanie, ubraliśmy się jak na trekking, spakowaliśmy wodę, batoniki przetrwania oraz latarki, wrzuciliśmy dla auta gerlę (koszyk-plecak na grzyby) i ruszyliśmy w stronę Crespino.
Była jeszcze noc, kiedy zaparkowaliśmy auto na poboczu drogi. Poza nami nie było nikogo i bardzo nas ten fakt ucieszył. Zamontowaliśmy na głowach latarki i ruszyliśmy znajomom szlakiem do naszego miejsca. Tym razem grzybobranie miało być na serio.
Po piątkowym wypadzie, daliśmy grzybom jeden dzień odpoczynku i w niedzielę ruszyliśmy o świcie – tak jak powinno się na grzyby wyruszać.
I to był początek kolejnej niezwykłej przygody oraz dowód na to, że jeszcze jedna rzecz nas łączy i wspaniale na, razem wychodzi.
Grzybobranie, na które czekam całe moje włoskie życie
Odkąd mieszkam w Toskanii, a dokładniej w toskańskich Apeninach, każdego roku słyszę jakie to tu są grzyby, jakie grzybobrania, ile kto kilo porcini zwiózł do domu. Sama jednak nigdy czegoś podobnego nie doświadczyłam. Powiedzmy, że takich w miarę udanych grzybobrań miałam w mojej włoskiej historii może trzy…
W każdym razie tamte „udane” grzybobrania nawet w połowie nie były tym, czego doświadczyłam wczoraj.
Zeszliśmy z gór po 13.00 i to tylko dlatego, że umówieni byliśmy na obiad z przyjaciółmi i całe szczęście, że był ten obiad, bo inaczej chodzilibyśmy do wieczora, do kresu sił.
Przeszliśmy 11 km, zrobiliśmy ponad 700 m przewyższenia. Wspinaliśmy się na czworaka pod górę, zsuwaliśmy w dół na czterech literach (po włosku to też 4 litery) i tylko co chwilę wydawaliśmy z siebie okrzyki entuzjazmu, euforii, ekscytacji!
Przed 13.00 nasza gerla była prawie pełna. Oczyszczonych grzybów było 6 kg (słownie: sześć kilo toskańskich borowików), sztuk 101 (słownie: sto jeden). Ułożyliśmy je wszystkie na stole i nadziwić, nachwalić, nafotografować się nie mogliśmy.
Niektóre wyglądały jak sztuczne, były wręcz nierealnie idealne. W jednym miejscu bez podnoszenia się z kolan wyciągnęliśmy 11 borowików. Tę adrenalinę zrozumie tylko inny grzybiarz.
Na koniec dnia, po wyśmienitym obiedzie w doborowym towarzystwie wróciliśmy do naszych grzybów. Wspólne zbieranie było piękne, ale piękne też było ich czyszczenie i przygotowywanie na zimę. Trochę zasuszonych, większość zamrożonych – w tym niektóre już lekko podgotowane, część pokrojona w plastry i otoczona w mące do smażenia (halo UNESCO!?, gdzie jesteście?). Zamroziliśmy też kilka kapeluszy, żeby były na przyszłe kolacje pełne rozpusty.
I wiecie co? Jutro po południu mamy zamiar wyruszyć znowu! Ciiiichoooo sza…
Pięknego nowego tygodnia!
A TU, jeśli ktoś chciałby poczuć lepiej ten klimat…


6 komentarzy
Wow wow wow szacun 👌
Cudo! Ja prawdziwe grzybobranie miałam raz, w Borach Tucholskich – 2 wypady i 2x pełen bagażnik dużego fiata. Nie były to wprawdzie borowiki, ale podgrzybki, jednak po wejściu do lasu oszalałam. Po raz pierwszy mogłam powiedzieć, że można było grzyby kosić kosą, choć tak naprawdę to zbierałam na kolanach, bo nie było sensu się podnosić:D
Bravo WY !! Ponoc chodzenie na grzyby uzaleznia…
Ale jakie one piękne są !!! :*
Piękne zbiory 😊
O rany! Nie było mnie. Wróciłam a tu takie szaleństwo grzybowe!!!! Wracam do Italii!
Jakie piekne okazy! Najpiekniejsze oczywiscie to te prawie czarne. To sa borowiki z gaju kasztanowego? W sobote bylam tez na grzybach, ok. 4-5 kg. Coz za adrenalina, masz racje Kasiu, tylko grzybiarz potrafi zrozumiec te emocje. U mnie tez przerobione w bardzo podobny sposob, jak u Was. Dodam tylko ze grzybiarze to najwieksi egoisci:) Swoje miejscowki zdradza tylko komus ze wspolnego domostwa. OK, wyjatkiem sa dzieci.🍄
Pozdrowka dla Was Kasiu i powodzenia w nastepnym grzybobraniu