Nowy grafik i ulubiony język
Poukładałam na nowo grafik lekcyjny. Przeorganizowałam wszystko tak, żeby móc to połączyć z innymi zajęciami i – mówiąc kolokwialnie – nie zajechać się przy tym. Zobaczymy, jak długo uda się taki „porządek” utrzymać.
Dla zainteresowanych lekcjami przypomnę, że mam jeszcze kilka wolnych godzin: 11.00 w poniedziałek, 7.00 rano we wtorek, 12.00 w środę, 7.00 i 12.00 w piątek oraz 10.00 w sobotę.
Kiedy sobie pomyślę, że to już jedenaście lat jak zadręczam nieboraków włoską gramatyką i zawiłościami najpiękniejszego ze wszystkich języków, to aż mi się wierzyć nie chce. Co ciekawe, ucząc innych, człowiek sam też się sporo uczy.
Język włoski jest nadal moją wielką pasją i najmilszą muzyką dla uszu. Uwielbiam tłumaczyć zaimki, które Włosi tak kochają i wciskają je, gdzie się da, a nawet tam, gdzie są zbędne. Uwielbiam, kiedy z uczniami dochodzimy do poziomu congiuntivo i możemy wypłynąć na szerokie językowe wody. Wielką mam radość, kiedy w czasie lekcji mogę dzielić się powiedzonkami, zwrotami typowymi dla mojego regionu, zabawnymi wyrażeniami, frazeologizmami i przysłowiami. Język to bogactwo.
Ja sama zaczęłam moją przygodę z językiem włoskim dokładnie 21 lat temu. Dziś jednym z najmilszych komplementów jest dla mnie to, kiedy ktoś w czasie rozmowy jest zaskoczony moim niewłoskim pochodzeniem. Ostatnio zdarzyło się to dwa razy w czasie via Vandelli, kilka tygodni temu z turystami na spacerze po Florencji i również na Elbie. Miłe połechtanie językowej próżności.
Z dziećmi, jeśli jesteśmy we własnym sosie rozmawiam rzecz jasna po polsku – to tak dla jasności, ale jeśli o mnie chodzi – muzyka, lektura, Toskański Notes, rozmowa – najmilsze są właśnie w języku Dantego. Mimo tylu lat tutaj – jestem beznadziejnie monotematyczna.
Kiedy ktoś się mnie pyta – w jakim języku myślisz? Odpowiadam – najczęściej po włosku i wiele tekstów na blogu jest tłumaczeniem właśnie z włoskiego, co czasem – choć bardzo się staram, żeby tak nie było – może się przekładać na koślawe konstrukcje.
Proszę o zrozumienie i tolerancję w tej kwestii..
Drzwi
Jeszcze dwa słowa o trudach… Momentami czuję się, jakbym była w zawiłym labiryncie i szukała drogi do wyjścia, czyli dobrego rozwiązania. O ile jeszcze za dnia głowa z tego galopu myśli jakoś się wyłącza skupiona na zaimkach i congiuntivo, to nocą, kiedy sen nagle mija, osuwam się do najniższych kręgów piekieł, bo w nocy wszystko jest większe, straszniejsze i trudniejsze. Noc wcale nie chce być przyjaciółką. Dzień to co innego, zwłaszcza taki piękny słoneczny, październikowy jak dziś.
Zamyślam się nad ostatnimi latami i pocieszam, że zawsze jakieś drzwi się otwierały lub choćby lekko uchylały, więc może i tym razem też tak będzie.
Cieszymy się „ottobratą” – czyli październikowym latem. Jeszcze przez kilka dni aura ma nas tak rozpieszczać, a potem tendencje zrobią się w pełni jesienne…
Korzystając ze słońca wyprałam wreszcie plecak, bo daleko mu było do Channel 5… Jednak te kilka wypraw w pocie swoje zrobiło.
Do Marradi zjeżdżają znajome warszawskie dusze i najbliższa sagra zapowiada się bardzo rozrywkowo. Oby tak było!
Pięknego dnia!



Jeden komentarz
Myślenie w języku obcym to najwyższa forma jego znajomości. Tak mówią. Pozdrawiam. Hanka