Wicher
W nocy zerwał się wiatr. Jeden z tych, które duszę brutalnie odzierają ze spokoju. Wietrzne noce są okropne. Nie ma mowy o spaniu. Deszcz to co innego – deszcz potrafi być jak kołysanka nawet dla najbardziej dorosłych „okruszków”, ale wiatr… Taki wiatr to jak demon, diablę wcielone, jakby wszystkie koszmary na raz urządziły sobie imprezę. A po ostatnich dniach to już w ogóle nie do zniesienia…
O 2.00 wstałam posprawdzać okiennice. Co chwila coś się gdzieś tłukło, waliło z hukiem, gwizdało. Zwariować można. Wstawałam jeszcze kilka razy i tym samym spanie poszło w zapomnienie.
Noce w ogóle są trudne. Nocą wszystko wydaje się bardziej skomplikowane i bez wyjścia, nocą problemy pęcznieją, a strach jest jak Gandalf, który pręży się nad Bilbo, kiedy ten chce zatrzymać pierścień.
Niezmiennie pod górę
Poniedziałek nie zaczął się w dobrym nastroju i tak naprawdę w jeszcze gorszym skończył, choć paradoksalnie przyniósł kilka bardzo dobrych wieści. Może to tylko zmęczenie, wyczerpanie organizmu, może za dużo tego wszystkiego na jedną głowę…
Po pierwsze Mario stan się poprawił i wieczorem został przeniesiony do szpitala bliżej domu. Oczywiście, kiedy na moim telefonie wyświetliło się przychodzące połączenie „Ospedale Cesena” życie stanęło w miejscu. Na szczęście kilka sekund potem wzięłam głęboki oddech, a serce znów zaczęło bić normalnym rytmem.
Po drugie Bolońskie Dziecko kolejny egzamin zdało koncertowo i przed kolacją dotarło stęsknione do Biforco.
Po trzecie przyjechała Ellen, wyciągnęła na spacer, na aperitivo, wysłuchała, przytuliła, zrozumiała…
W tym wszystkim jednak poczułam jak zapadam się w sobie. Znów narosły stare problemy, znów łamałam sobie głowę jak wszystko poukładać, nijak nie umiałam zaznać spokoju i spojrzeć na wszystko z dystansem. Kiedy kładłam się spać, byłam zagubiona jak dziecko, przestraszona, zmęczona, z ogromnym ciężarem na duszy, więc wiatr, który rozhulał się w nocy był tylko przysłowiową oliwą do ognia niepokoju.
Przez ostatnie wydarzenia zaniedbałam książkę – wiadomo, są rzeczy ważne i ważniejsze. Gnębi mnie jednak poczucie, że ze wszystkim mi tak bardzo pod górę. Dosłownie ze wszystkim! I choć sama zawsze podkreślam na trekkingach, że wolę wchodzić niż schodzić, to teraz bardzo potrzebuję, żeby przez chwilę było „po płaskim”.
Wiatr przywiał nieprawdopodobnie ciepłe powietrze. Termometr w nocy pokazywał 14 stopni. Dziś znów dzień wypełniony po brzegi – lekcje, szpital i dalsze główkowanie jak ze wszystkim się poukładać.
Dobrego dnia.
Ps. Uśmiechnięte zdjęcie trochę na przekór, dla odczarowania złego.


