Puk puk...
Nie zrobiłam nawet połowy rzeczy, które powinnam zrobić w weekend. Wieczorem w niedzielę znowu odcięło mi prąd. Trochę za często mi się to zdarza. Kładłam się z myślą, że o piątej rano muszę ustawić się w blokach startowych, żeby zacząć kolejny wariacki bieg i ostatecznie obudziłam się dużo przed budzikiem, a tak naprawdę to nie ja sama się obudziłam, tylko obudziła mnie… Wiadomo Kto.
Nie jestem wcale zaskoczona… Zapracowałam sobie uczciwie na odwiedziny Zmory i teraz tylko muszę zrobić wszystko, żeby ustawić się do pionu i sprostać wszystkiemu, co poniedziałek ma w planach, a lista jest długa jak wszystkie litanie razem wzięte.
Niedziela na wariackich papierach
Niedziela przypieczętowała nadejście Zmory, ale udało mi się tego dnia wyrwać kilka momentów dla siebie. Pochmurny i wilgotny poranek zamiast wygrzewać się w łóżku, postanowiłam spędzić na szlaku. Już za trzy miesiące zaczynam moją kilkudniową wyprawę, więc muszę wrócić do moich regularnych trekkingów.
Krótka wyprawa i porcja wysiłku w ciszy Apeninów to też przede wszystkim balsam na skołatane myśli. Najlepsza ze wszystkich możliwych terapii.
W niedzielny plan była wpisana wizyta w szpitalu i po raz pierwszy te odwiedziny tchnęły we mnie odrobinę optymizmu. Mario zaczął znów żartować i to przede wszystkim z samego siebie, więc to najlepszy dowód na to, że idzie ku lepszemu. Ta droga będzie bardzo długa i wyboista, ale najważniejsze, że ku lepszemu.
Po szpitalu obiecałam wspólny spacer Bolońskiemu Dziecku. Poranna wilgoć opadła i niebo powoli zaczynało się przecierać. Wybrałam trasę w kierunku Badii, żeby podzielić się pewnym botanicznym odkryciem i żeby zobaczyć, co tam słychać w kwestii wiosny. Przy tej drodze rośnie dużo krzewów czarnego bzu i to właśnie jego gałązki jako pierwsze już pod koniec zimy wypuszczają młode listki. Taki widok to wielka radość, nawet jeśli straszą zimą, która ma jeszcze za kilka dni majtnąć ogonem…
Nie sama
Już o poranku na whatsapp wyświetliły się wiadomości nęcące popołudniowym aperitivo. Kiedy więc skończyłam spacer na dwie pary nóg, wróciłam do Marradi, gdzie już czekało na mnie roześmiane grono z zastawionym stolikiem.
Siedząc potem w ciepłym barze rozczuliłam się na samą myśl – jak to się wszystko przedziwnie plecie…
Mikołaj za kilka miesięcy prawdopodobnie wyfrunie z gniazdka. Mario jeszcze przez dłuższy czas będzie wyłączony z wieczornych wyjść czy weekendowego wojażowania, Ellen w najbliższym czasie będzie częściej w Holandii niż w Marradi, ale ja wcale nie zostanę „sama”, choć nawiasem mówiąc nie mam nic przeciwko temu „sama po mojemu”.
Ostatnie miesiące przyniosły zawiązanie się nowych znajomości, rozszerzenie towarzyskich kręgów i to jest chyba najpiękniejsza rzecz, jaką przyniosły tegoroczne jesień i zima. Mam w sobie ogromną wdzięczność w szczególności za jedną dobrą duszę, może nawet za dwie. Walczę z ogromnymi trudnościami w ostatnim czasie, ale dla równowagi spotyka mnie też wiele dobrego i znów myślę sobie – jak dobrze, że jestem tu gdzie jestem.
Kiedy sączyłam wczoraj prosecco i słuchałam opowieści Stelli, która przysiadła się do naszego stolika, w głowie dopisywał się kolejny podrozdział książki…
A teraz mam tylko nadzieję, że uda mi się Zmorę utrzymać w ryzach, bo z nią na karku przetrwanie dzisiejszego dnia będzie wielkim wyzwaniem.
Dobrego dnia!


