Muzycznie - komu co gra
W poniedziałek po trudnym dniu nastał całkiem przyjemny wieczór. Po skończonej kolacji zostaliśmy jeszcze długo przy stole i dzieliliśmy się ulubionymi utworami z naszych playlist.
– To teraz ja! Tylko cztery utwory, które teraz wałkuję do znudzenia i obiecuję, że oszczędzę włoskich kawałków.
– Dobrze, dobrze… – przytaknęli z wyrozumiałością, a ja zaraz włączyłam jedną z nielicznych „niewłoskich” piosenek wśród moich ulubionych.
– Imagine dragons? Przecież tego słuchało się kilka lat temu!
– I co z tego? A ja słucham teraz, nie podoba ci się?
– Podoba!
Zazwyczaj jeśli razem słuchamy muzyki, słuchamy tego, co lubią dzieciaki, więc miło mi było, że w ten poniedziałkowy wieczór to ja przez chwilę mogłam być dj-jem.
– To teraz posłuchajcie tego. Zgadniecie kto to jest?
– James Blunt – strzelił ślepo Mikołaj, bo wie, że tak naprawdę to jest jedyny niewłoski artysta, którego słucham bardziej intensywnie.
– A właśnie, że nie!
– Wiem, wiem! Glen Hansard.
– Strasznie smutne to jest – powiedzieli jednogłośnie.
– Smutne bardzo, ale piękne. Jeszcze jedna zmiana – przeskoczyłam na kolejny utwór, w obawie, że zaraz ich moja muzyka zniechęci.
– Już nam to puszczałaś. Bardzo ładne.
– No dobrze to teraz muszę coś włoskiego. Chcecie posłuchać, przy czym się bawię na moich „dansach”?
Popatrzyli na mnie bez entuzjazmu, ale oczywiście nie było się czemu dziwić…
– To na koniec coś, co mi ostatnio nie może wyjść z głowy. Bardzo stare, oryginalnie śpiewa to Mina, ale teraz też Annalisa.
– Mama! – Mikołaj zerwał się na nogi, odsunął krzesła i pociągnął mnie do tańca. Kroki walca znów znaczyły podłogę naszej Kuchni w Domu z Kamienia. Tańczyliśmy tak i tańczyliśmy i niespodziewanie zrobiło się lekko… Jaki on piękny – pomyślałam. Taki już zupełnie dorosły, a jednak taki jeszcze mój.
Rozkwit coraz bardziej różnorodny
Muzyczny wieczór bardzo poprawił mi humor.
A potem nastał wtorek i wtorek był dniem nieco lżejszym, choć „ołowiane” ramiona dawały jeszcze w kość i nadal oczywiście będą dawać. Walc z rodzonym synem wprawia w euforię, ale trosk z ramion niestety nie zdejmuje.
Na szczęście pogoda w tych dniach jest jak malowana i jeszcze przed dwa dni taka właśnie aura ma królować. Kiedy we wtorek wyrwałam się na nieco dłuższy spacer nie musiałam już sokolim okiem wypatrywać prymulek. Nabrały rozpędu w swoim rozkwicie i nawet dołączyła do nich wdzięczna polmonaria, jeśli się nie mylę to po polsku miodunka.
Dziś zapowiada się dzień intensywny inaczej i na taką intensywność już się cieszę. Uraduję pewnym niezwykłym miejscem Bolońskie Dziecko i sama mam nadzieję zobaczyć pewne dzieło sztuki, na które zasadzam się już od kilku lat!
Chciałabym napisać coś nowego o Mario, ale nic nowego niestety nie ma do napisania. Długa i wyboista droga jest naprawdę bardzo wyboista. Potrzeba tylko czasu i cierpliwości, a z tą ostatnią u Mario jest krucho.
Dobrego dnia!
Ps. Zapraszam Was do podzielenia się hitami z Waszych playlist!


