Przywilej nad przywilejami
– Jak pięknie jest być w takim miejscu, kompletnie poza turystycznym ruchem… – powiedziałam, kiedy siedzieliśmy z naszymi kanapkami i ichnusą na czubeczku bukowego zagajnika – właściwie poza jakimkolwiek ruchem. Czy tu w ogóle ktoś przychodzi?
– Odkąd nie ma już przejścia przez Martignone… nikt, chyba że tacy wariaci jak my.
– Wiesz to dla mnie wielki przywilej być tutaj. Wyobraź sobie, że w świecie pełnym chaosu są jeszcze takie miejsca gdzie nikt już nie dociera i mówimy w końcu o Europie, a my wiele takich miejsc mamy zaraz za progiem.
– To prawda.
Wyciągnął telefon i chwilę patrzył na mapę aplikacji…
– A gdybyśmy nie wracali przez Martignone, tylko skoro jesteśmy już tu, to spróbowalibyśmy przedrzeć się do szlaku 00 i dalej przez Femina Morta zatoczyć pętlę?
Przyklasnęłam w ręce.
Pretekst - grzybobranie
Zaczęło się od tego, że kilka dni temu siedzieliśmy w kuchni razem z Mikołajem i Cateriną i zajadając upieczone przez nich cynamonowe ślimaczki, rozmawialiśmy o grzybach.
Niewiele myśląc ustaliliśmy, że w niedzielę idziemy na mały grzybowy rekonesans, nawet jeśli nikt jeszcze w miasteczku żadnych wici o znalezionych grzybach nie rozpuścił.
Grzyby po TAKIM lecie to trochę jak czekanie na cud, ale kto wie…
Trekking na pocieszenie
Dojechaliśmy do Crespino, nieopodal źródła nazywanego przez miejscowych „di Sette” zostawiliśmy auto i dalej ruszyliśmy pieszo. Początkowo szliśmy oznaczonym szlakiem, a potem już szlakiem – nie szlakiem, bo On będąc z Crespino zna tam przecież każdy kamyk, każde drzewko.
Dotarliśmy do Martignone – ruin starej posiadłości i dalej na dziko próbowaliśmy przedrzeć się przez gąszcz jeżyn. Nad Martignone znajduje się bowiem niezawodne grzybowe miejsce. Zwykle niezawodne – tym razem zawiodło, bo nie znaleźliśmy kompletnie nic.
Bez cienia rozpaczy rozsiedliśmy się w pięknym miejscu i – tak jak wspomniałam na początku – cieszyliśmy się ciszą, przywilejem, kanapkami, ichnusą, ciepłą wrześniową niedzielą i przede wszystkim sobą…
I tu właśnie zdecydowaliśmy, że nie wracamy tą samą drogą, tylko wędrujemy dalej. Zupełnie nieoczekiwanie zrobił nam się z grzybobrania imponujący, wymagający trekking – 17 km i ponad 800 m w górę. Zatoczyliśmy tak szeroką pętlę, że z niektórych miejsc widać było Abetone, Falteronę, Monte Morello, jezioro przy Vicchio, całe Mugello i nieskończoność falujących szczytów Appennino.
Kiedy mijaliśmy szczyt Femmina Morta, On zatrzymał się i zaczął bajać…
– Kiedyś mama opowiadała mi, że tu blisko było domostwo. Pewnego zimowego dnia – a były to czasy, kiedy Apeniny zimą przykrywały metry śniegu i co za tym idzie, z takiego domu nie było się jak ruszyć nawet na krok – jeden z domowników zmarł. Mowy o natychmiastowym pochówku być nie mogło, ale też nie można było trzymać umarłego w domu. Zdecydowano zatem wynieść go albo ją – nie pamiętam czy była to kobieta czy mężczyzna – i zawiesić na drzewie, żeby zakonserwowane na zimnie zwłoki, bezpiecznie poza zasięgiem zwierząt poczekały do roztopów i godnego pochówku. Muszę sprawdzić, ale niewykluczone, że od tamtej historii tak nazwano ten szczyt – Femmina Morta (martwa kobieta).
– Fascynujące. Uwielbiam takie historie.
Droga zaczęła bardzo raptownie opadać w dół. Musieliśmy pomagać sobie rękami, ale uradowani byliśmy jak dzieci.
– Dobrze, że mieliśmy mieć niedzielę odpoczynku po cammino…
– I po całym tygodniu pracy – zaśmiał się.
– Nie jesteśmy normalni.
– Ani trochę.
– Zwróciłeś uwagę jak mało jest w tym roku cyklamenów. O tej porze powinny ich być już całe dywany…
Dotarliśmy znów do Crespino dobrze po 17.00.
– Ichnusa?
– Ichnusa! Zasłużyliśmy!
Pięknego nowego tygodnia!
ROLKA trekkingowa.


