Wrześniowe astry, czyli "settembrini"
Uwielbiam drobniutkie astry w przeróżnych odcieniach różu i fioletu, które są emblematem schyłku września – stąd też ich druga nazwa „settembrini” (settembre to wrzesień). Podobno w niektórych miejscach nazywają je „margherite di san Michele”, bo kwitną na świętego Michała. Są niezwykle wdzięczne, fotogeniczne, kwitną obficie i na dodatek są w moich ulubionych kolorach. Jeszcze jeden fioletowo-różowy przyczynek do jesieni.
Piątek był trudnym dniem i jak zawsze w takich sytuacjach, głowa potrzebowała uczepić się pozytywnych drobiazgów. Dlaczego więc nie miała uczepić się „settembrini”?
Kwiatki, słońce, trekking, kasztany cokolwiek, co pozwoli przetrwać i da nadzieję, że w końcu znów zacznie się nieco lepsza passa. Chyba kiedyś w końcu się zacznie…
Wczoraj nie mogłam przegonić z głowy myśli, że ja jednak w wielu życiowych kwestiach mam po prostu pecha. Po włosku mówi się „sono sfigata„. O niektóre moje szczęścia umiałam zawalczyć, z innymi jakoś nie wyszło. W trudniejszych momentach trzeba chyba się skupić na małych krokach, tak jak w górach, kiedy idzie się po ostrej grani i w głowie się kręci. Kroczek po kroczku. Stopa za stopą.
Wracając do kwiatków… Wyczytałam na jakimś ogrodniczym blogu, że settembrini są też symbolem inspiracji – jeśli tak, „wytapetowałabym” nimi sobie cały pokój.
Alicja i Królik
Między jedyni kwiatkami, a drugimi był też biały królik. Maleńki i puchaty, z czerwonymi oczami, schował się w trawach, a potem czmychnął przestraszony do swojej kryjówki. Przez chwilę poczułam się jak Alicja w Krainie Czarów. Chciałam schować się razem z nim tam, gdzie nie dosięgną złe słowa, niepowodzenia i trudy.
Sobota jest jeszcze przez chwilę czarną nocą, ale dzień zapowiada się ciepły i słoneczny. Przeszło mi wczoraj przez myśl, żeby pognać do Florencji na Bacco Artigiano, ale kiedy ze wszystkich stron zaczęły spływać wieści o wysypie grzybów, pomyślałam, że lepiej będzie zostać i zaszyć się w lesie, tym bardziej, że będę mieć do tego najmilsze towarzystwo…
Mam zamiar przetestować własne miejsce, które – jak na moje oko – powinno w sezonie obrodzić borowikami na bogato. Jeśli tak nie będzie, to przynajmniej będę miała w nogach konkretny trekking.
Najpierw jednak, jak w każdą sobotę, czeka maraton lekcyjny…
Pięknego dnia.


