Powrót do trekkingowania
Pierwsze spadające kasztany, rachityczne zimowity, nieco bardziej prężne cyklameny, wysyp grzybów najróżniejszych. Wiatr na szlaku, ciepły wiatr, który niesie granie krowich dzwonków. Chmurzaste niebo. Kanapki w zagajniku popijane najzwyklejszym winem. Urok starych drzwi kamiennego domostwa, suchość traw, samotna sosna, znajoma droga w oddali…
Oto wrześniowy trekking w miłym towarzystwie. Chciałabym takich trekkingów więcej i więcej, zdecydowanie czuję ich niedosyt w czasie ostatnich kilku miesięcy. Mam nadzieję, że jesień w tej kwestii zaradzi.
Wrześniowy schyłek
Koniec września ma jeszcze wygląd bardziej sierpniowy niż złoto jesienny. Apeniny wciąż w zielonym anturażu, zupełnie jakby nie miały ochoty na zmianę garderoby… Jedynie lipy zaczynają rdzewieć, powoli, nieśmiało zieleń ukochanych drzew ustępuje miejsca pstrokaciźnie.
Piątek poza trekkingiem przyniósł inspirujące rozmowy, nowe pomysły i zrodził plany na następny rok. To było jak wiatr w żagle, jak podłączenie do ładowania baterii. Aż się uśmiecham na samą myśl o nich, a to już wielkie coś!
Weekend jeszcze bez planów. Wiem, że jutro mam kilka lekcji i to jest jedyna pewność na jutro. Poza tym… scenariusza brak, więc będzie improwizacja. Trochę kusi Firenze i Bacco Artigiano, ale być może Mario wychyli się z lepszą propozycją, tym bardziej, że następny tydzień pisze się już bardzo wyjazdowo.
Powinnam na pewno sprzątnąć szkielety pomidorów z ogródka, ale do tego nie mam zupełnie weny. Sprzeniewierzyć strzępki wolnego czasu na jakiekolwiek sprzątanie byłoby objawem postradania zmysłów, więc za to się nawet nie biorę. Nie dziś i nie jutro, ani w niedzielę. Może znów jakiś trekking? Kto wie!
Dobrego weekendu!
RDZEWIEĆ to po włosku ARRUGGINIRE


