Pomysł na niedzielę
– Wiesz, że ja nigdy nie szedłem słynnym Portico do San Luca?
– Serio? Czyli w niedzielę Bolonia? Ma padać, więc to byłaby dobra destynacja na niepogodę.
I tak o trzeciej w nocy w trzydzieści sekund napisaliśmy plan na niedzielę.
Niepogoda wcale nie nabrała rozmachu i choć zdjęcia wyglądają ponuro, nam było bardzo ciepło i pogodnie. Najpierw chcieliśmy pospacerować po centrum – ja miałam się wcielić w rolę przewodnika – według schematu, który niezmiennie nas bawi, czyli ja: dobra organizacja, dobra orientacja, a moja Druga Para Hoka: buongiorno i buon appetito. Potem mieliśmy przystanąć na obiad w upatrzonej trattorii (klękajcie narody, ale o tym za chwilę!) i w końcu ruszyć portykami na nasz miejski trekking.
Do stolicy Emilii-Romanii dotarliśmy w samo południe…
Majowa Bolonia
Zostawiliśmy „G” na parkingu na Piazza dell’VIII agosto i ruszyliśmy w stronę Piazza Maggiore. Chciałam Mu pokazać fenomen „finestrelli”, czyli słynnego bolońskiego okienka, które znają już chyba wszyscy, nawet ci, którzy w Bolonii nigdy nie byli.
Fenomen w ostatnich czasach polega na tym, co się przed tą finestrellą dzieje – już od rana stoi tam kolejka turystów – instagramerów i każdy jeden po drugim nagrywa moment otwierania okienka i widoku na dawny kanał.
– To jakieś szaleństwo! – skwitował – samo okienko wygląda jak skrzynka Enel.
– Kiedy byłam tu pierwszy raz, nikt o niej w ogóle nie słyszał. Można ją było fotografować do woli. To co się teraz dzieje, to jakaś abstrakcja.
Od finestrelli powędrowaliśmy na plac główny, a ja dzieliłam się ochoczo wszystkimi ciekawostkami, jakie moja głowa zakonserwowała przez lata – Neptun, Duomo, meridiana i Mahomet, lampa – szyszka, wieże, telefon bez kabla (teraz niestety zasłonięty rusztowaniem), Sette chiese Santo Stefano i wiele więcej.
W końcu przyszedł czas na obiad – miejsce na posiłek wybraliśmy już w niedzielny poranek, bo do tej pory nie miałam szczęścia, jeśli chodzi o bolońskie lokale. To szczęście przyszło w końcu w niedzielę.
Gastronomiczny strzał w dziesiątkę
Osteria La Zdaura znajduje się około 500 metrów od dwóch wież, czyli już nieco na uboczu ścisłego centrum. W menu najbardziej typowe bolońskie dania. Wszystko co zamówiliśmy było przeobłędnie pyszne, a ragu’ zdecydowanie w moim własnym rankingu było najlepszym jakie kiedykolwiek jadłam.
On zamówił na początek crostone właśnie z ragu’, a ja smażoną cukinię, która jest niby dodatkiem do głównego dania, ale z powodzeniem może być też antipasto – i była to też najlepsza smażona cukinia jaką w życiu jadłam.
Potem była pasta – tortelli i gramigna. Gramigna przebiła wszystko! Do tego oczywiście wino i na koniec kawa – tylko kawa, choć słodkości po takiej uczcie bardzo nas ciekawiły. Wygrał jednak rozsądek, gdyż trekking z takim obciążeniem żołądka byłby nieco trudny.
Tak czy inaczej już wiemy, że jak tylko do Bolonii wrócimy, to na pewno znów wpadniemy do Zadury. Od razu wyjaśniam – nie, nie jest to post sponsorowany.
Porządne zdjęcie chyba z wrażenia zrobiłam tylko jedno, ale oczywiście na moim instagramie obrazków nieco więcej.
W stronę San Luca
W 2021 roku portyki Bolonii zostały wpisane na listę Światowego Dziedzictwa UNESCO. Podobno w całym mieście jest ponad 60 km portyków, z czego około 40 w samym zabytkowym centrum.
Ten fenomen narodził się w Bolonii około 1100 roku, wraz z rozwojem tutejszego uniwersytetu. Do miasta zaczęli napływać wtedy studenci z całej Europy, więc trzeba było stworzyć nową przestrzeń mieszkalną. Portyki były zatem fenomenalnym rozwiązaniem, a do tego stały się wspaniałą ochroną zarówno przed deszczem jak i przed słońcem.
Najbardziej znanym portico w całej Bolonii i jedynym takim na świecie jest ten, który zaczyna się przy Porta Saragozza i prowadzi do Sanktuarium San Luca. Ma on długość blisko 4 kilometry i jest to w sumie… 666 arkad – większość z nich jest ponumerowana. Spacer Portico di San Luca to wspaniały pomysł na miejski trekking.
Kiedy wędrowaliśmy nim w niedzielę razem, na Dwie Pary Hoka byłam wzruszona i przejęta. Wciąż jest we mnie niedowierzanie. Przypomniało mi się moje wędrowanie tą trasą dokładnie rok wcześniej, kiedy zaczynałam Via degli Dei. Kto by wtedy przypuszczał, że rok później…
– I tak oto przeszedłeś kawałek mojego pierwszego cammino – powiedziałam, kiedy wracaliśmy już do centrum – może kiedyś zrobimy razem całe?
– Jeśli we wrześniu nie umrę na moim pierwszym cammino – zaśmiał się kokieteryjnie.
– Ma va la’! (oj weź! daj spokój! akurat!)
Na ostatnich kilometrach naszej wędrówki przez chwilę popadało, przez moment nawet mocniej, co – jak zgodnie przyznaliśmy – miało swój niezaprzeczalny urok.
Kiedy wsiedliśmy do „G” było już dobrze po 17.00, mieliśmy jeszcze wpaść do Lucy po walizkę, a potem już prosto do domu…
„Prosto do domu” okazało się jednak mieć kilka pięknych zakrętów, ale o tym – czyli o wspomnianym już całym słoiku wisienek – będę bajać jutro.
Dobrego dnia!


