Plecak
Mam genialny plecak! Nie, to nie jest reklama, bo ostatecznie nikt nie chciał ze mną współpracować, to tylko bezinteresowny zachwyt od serca. Plecak w drodze jest bardzo ważny i teraz już rozumiem dlaczego jest to tak ważna inwestycja dla kogoś, kto planuje dużo wędrować.
Mój śliczny fioletowy plecak kupiłam latem zeszłego roku trochę z musu, dlatego że mój poprzedni zabrał Mikołaj na swój europejski trip, a ponieważ w tym samym czasie ja też wybierałam się na samotne wojaże do Termoli i na Tremiti, plecak był mi niezbędny.
Wertując różne strony z opiniami i sugerując się radami znajomej wędrowniczki, wybrałam w końcu ten jedyny, który – jak się wkrótce okazało – stał się częścią mnie. Dziś, kiedy mam go na plecach, mam wrażenie, że naprawdę spajamy się w jedno. Jestem jak żółw albo inne żyjątko, które targa na plecach swoją skorupę.
Kiedy ostatnio na fejsbukowej grupie mojego przyszłego szlaku, ktoś zapytał o możliwość transportu plecaka z miejsca na miejsce, posypały się gromy. Nie pochwalam oczywiście agresywnej krytyki, ale muszę przyznać, że po cichu zgadzałam się z opinią większości, że każde „cammino” przeżywa się w pełni, kiedy ma się na ramionach plecak…
Testuję ten mój plecak w ostatnich tygodniach z większym obciążeniem i muszę przyznać, że to jest coś niezwykłego. Kiedy muszę go szarpnąć z ziemi, mam wrażenie, że waży tonę, zwłaszcza kiedy jestem już zmęczona, ale kiedy ląduje na moich ramionach, cały ciężar gdzieś znika.
Wczoraj ja i mój śliczny fioletowy plecak wtarabaniliśmy się delikatnie na Castellone i razem podziwialiśmy dolinę Lamone w kwietniowym anturażu. Cóż to jest za spektakl!
Buty i przekwitanie
Zieleń jest teraz w kilku odcieniach – od jasnej, niemal białej, po głęboką, butelkową… To jest coś wręcz nieprawdopodobnego. Kwitnie już dziki bez, pączkują ginestre, dzika róża, inne apenińskie kwiaty, których nazw nie mogę spamiętać. Powoli też kończą swój występ dzikie orchidee, fiołki, a kwiatów San Giuseppe już tylko garstka…
To przemijanie kwiatów, nawet jeśli za nimi przychodzą nowe, nastroiło mnie nieco nostalgicznie i znów zapaliła się we mnie potrzeba, aby na tym szlaku, w soczystej zieleni, przy kukaniu kukułki zaciągnąć hamulec ręczny, zatrzymać choć na chwilę czas…
Po jaką cholerę on tak galopuje? Przecież dopiero był styczeń, a tu maj szykuje się do występu…
Usiadłam na kamieniu i wyciągnęłam przed siebie nogi patrząc z czułością na buty. Buty też mam pierwsza klasa. Mam nadzieję, że poniosą mnie lekko i bezboleśnie na tych swoich membranowych poduszeczkach przez całe 130 kilometrów.
Buty i plecak to podstawa. Stapiają się z piechurem tworząc jeden organizm.
W tych dniach, nawet jeśli będę wyjątkowo zajęta, muszę znaleźć czas, żeby wyskoczyć do miasta i uzupełnić ekwipunek. Brakuje jeszcze płaszcza przeciwdeszczowego, power banku, voltarenu i lodu w sprayu… Wolę się przygotować na każdą ewentualność.
Ostatnia w tym roku kwietniowa niedziela
Do Marradi zmierzają już kolejni Goście. Pogoda na ten tydzień szykuje nam się pierwsza klasa. Ja oczywiście będę się dziś uwijać przy obowiązkach, których nie brakuje, ale też mam nadzieję wyrwać dla siebie kolejny trekking. Taka wyprawa to jak podłączenie maski z tlenem i zastrzyk endorfin.
Pamiętam oczywiście o zdjęciach z nowych, domowych aranżacji, ale poproszę Was jeszcze o chwilkę cierpliwości. Mamy w domu małe wiosenne pobojowisko, nad którym próbujemy zapanować.
Pięknej niedzieli!



2 komentarze
Brak zdjęcia fioletowego plecaka. Dlaczego?
plecak to już był na zdjęciach wiele razy:)