27 marca, 2025

Ośmiotysięcznik

Kiedy rok temu przez życie przetoczyło się tsunami, myślałam, że w końcu wszystko się poukłada i powoli powoli będzie tylko lepiej. Nie myślałam, że tak naprawdę to dopiero początek wielkiej przeprawy, że ja dopiero zaczynam się wspinać na Mount Everest trudów i lęków.

Co znajdziesz w tym artykule?

Niemy krzyk

Gdybym mogła stanąć i wykrzyczeć na całe gardło troski, jakie mnie gnębią, pewnie większość osób zamarłaby z trwogi widząc ich kaliber i zastanawiała się, jak przy tym wszystkim można pisać o duperelach, spacerować, trzymać się w pionie, oddychać.

Można. Jak nie ma innego wyjścia, to można, choć szczerze  mówiąc z tym oddychaniem bywa różnie. Czasem oddech więźnie w gardle, jakby na szyi zaciskała się niewidzialna pętla.

Kiedy rok temu przez życie przetoczyło się tsunami, myślałam, że w końcu wszystko się poukłada i powoli, powoli będzie tylko lepiej. Nie myślałam, że tak naprawdę to dopiero początek wielkiej przeprawy, że ja dopiero zaczynam się wspinać na Mount Everest trudów i lęków. Może nawet nie Mount Everest… Bardziej trafnym jest określenie K2. 

Zdarza się, że jeszcze z tyłu głowy pojawia mi się ta niewłaściwa, niestosowna myśl – dlaczego właśnie ja? Ale szybko sama siebie za te myśli rugam i odpowiadam sobie – a niby dlaczego akurat ja nie? W czymś jestem lepsza od innych?

Całkiem niedawno widziałam w social media wypowiedź bardzo znanej osoby, która musiała zmierzyć się z takim samym „ośmiotysięcznikiem” i mówiła o tym z hardym uśmiechem na twarzy jak o przywileju. Powiedziała, że dzięki temu czuje się kimś wyjątkowym, jakby spadła na nią specjalna misja. 

Mam nadzieję, że ja kiedyś też będę mogła tak powiedzieć. Czasem nawet już tak myślę, ale tylko wtedy, kiedy udaje mi się opanować strach. 

Dom z Kamienia blog Kasi Nowackiej

Niedopowiedzenia

Wiem, że w moich słowach jest mnóstwo niedopowiedzeń, ale tak właśnie być musi. Chciałabym wylać z siebie wszystko, żeby sobie ulżyć, tak jak Lamone rozlało się po polach w Brisighelli i dzięki temu oszczędziło Faenzę, ale to nie jest jeszcze ten moment. 

Trudy wspinaczki nadal muszę znosić w ciszy i mogę tylko łudzić się, że kiedyś będzie jednak trochę łatwiej i że może kiedyś ten rozdział mojej historii będzie wsparciem dla innych. Może to jest właśnie ta misja? Może z tego też kiedyś będzie książka?   

Kiedy rok temu przez życie przetoczyło się tsunami, myślałam, że w końcu wszystko się poukłada i powoli powoli będzie tylko lepiej. Nie myślałam, że tak naprawdę to dopiero początek wielkiej przeprawy, że ja dopiero zaczynam się wspinać na Mount Everest trudów i lęków.

Przykrości

– Mama taka smutna – Mikołaj podszedł i przytulił mnie całym sobą. – Ja Mamusi coś zagram. 

Wziął gitarę, usiadł obok mnie i grał i grał i grał i było przez chwilę zdecydowanie lepiej. Taki wieczór we dwoje, przy stole, z muzyką jest najlepszym wytchnieniem po karkołomnej wspinaczce głowy i duszy. 

– Wiesz, że nikt, ani jeden sklep mi nie odpisał?

– A kiedy napisała?

– Tydzień temu.

– To jeszcze niech poczeka cierpliwie.

– Nic się nie zmieni. Żaden sklep nie jest zainteresowany. Mogliby choć odpisać „mamy cię w …”, a tak to się człowiek łudzi bez sensu. 

Wysłałam ponad dwadzieścia maili do sklepów outdoorowych z propozycją wymiany barterowej. Nie odpowiedział ani jeden. Nie prosiłam o sponsoring, tylko drobiazgi – o pelerynę przeciwdeszczową, o kijki, o parę porządnych skarpetek do przetestowania w czasie mojego projektu. 

Nic. Nikt. 

Wdech. Wydech. Sama sobie kupię. Tylko trochę przykro – tak po ludzku przykro.

Lata mijają, a ja jestem jak ten durny Syzyf, tylko kamień coraz cięższy.

Dobrze, że mi dla radości Dziecko śpiewa i gra, dobrze, że za oknem są Apeniny. Jakoś to będzie. Jak zawsze.

Pięknego dnia.

17 komentarzy

  1. mam nadzieję, że w końcu dojdziesz do kresu swoich trudów i nastanie prawdziwy spokój
    pamiętaj, że jesteśmy

  2. Nie wiem, co się dzieje? U nas też kompletna beznadzieja i kiedy już, już wydaje się, że będzie lepiej, to dostajemy obuchem z drugiej strony… Wszystko kompletnie leży: nasza stabilizacja, firmy, zaufanie do ludzi, którzy pokazali swoje prawdziwe oblicze, zdrowie, które poległo w walce ze stresem 🙁 Na plecach czuję zimny oddech złych, zawistnych ludzi. A miało być tak pięknie na naszej toskańskiej emigracji! Jedynie to, że mamy siebie, trzyma mnie w pionie. Miejmy wszyscy nadzieję, że w końcu wszystko mija, nawet zło.

    • Tego co u nas nie nazwałabym kompletną beznadzieją, to tylko jedna gigantyczna troska, z którą się siłuję, ale z It nie ma nic wspólnego. W tym wszystkim największą pociechą jest to, że jestem tu gdzie jestem. Trzymam za Was mocno kciuki, niech się karta odwróci! <3

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

Opublikuj komentarz

Chcesz wesprzeć moją twórczość?
Udostępnij w Social Mediach
Facebook
Twitter
Pinterest
WhatsApp

Autorka bloga

Mam na imię Kasia i jestem autorką tego bloga. Jeśli chcesz poznać mnie bliżej, odwiedź stronę "O mnie"
WSPARCIE
Archiwum bloga

(Wpisy z lat 2012-2025)​

Wesprzyj bloga

Będzie mi bardzo miło jeśli moją twórczość wesprzesz na PATRONITE. Pisanie książek, prowadzenie bloga, fotografowanie i pokazywanie włoskiego życia jest moją największą pasją. Żeby jednak pozwoliło mi przetrwać i nadal pisać potrzebuję Twojego wsparcia. Będę odwdzięczać się nową treścią i zdjęciami każdego dnia. Dziękuję.
WSPARCIE
Social Media