Spóźniony pociąg
Pociąg numer ten i ten, z Florencji do Faenzy przyjedzie z dwudziestominutowym opóźnieniem – poinformował megafon na stacji w Biforco.
– Szlag…
– Co się stało?
– Mamy spóźniony pociąg.
– Trudno, poczekamy.
Komunikat powtórzył się w tej samej wersji jeszcze dwa razy, a za trzecim razem dwadzieścia minut urosło do osiemdziesięciu. W takiej sytuacji nie było już sensu czekać…
– Wiesz co, to chodźmy do baru na aperitivo.
– Do Marradi?
– Nie, do baru Biforco.
– Oooo! Jak super!
Żal mi było tej Brisighelli – taki był plan na sobotnie popołudnie i nie mogłam sobie darować, że koleje państwowe znów nawaliły. Ostatnio w tej kwestii strach coś zaplanować…
Ciambellini
Oczywiście nie ma tego złego, a przy tak pięknej pogodzie jaką uraczyła nas sobota można się było delektować samym Marradi i to już była pełnia szczęścia, tym bardziej, że na placu powoli zaczynał się „przedsagrowy” ruch z pieczonymi kasztanami i słodkim zapachem ciambellini, które jak zawsze przed teatrem przygotowywali Alpini. Te ich ciambellini powinny mieć certyfikat IGP albo DOP, DOC czy cokolwiek innego, nawet UNESCO mogłoby je objąć patronatem!
– Mam ciambellini – powiedziała jedna barmanka do drugiej, kiedy w barze obok zamawiałam aperitivo.
– Nie, nie, sama je zjedz. Ja jestem na diecie.
– Jak silną wolę trzeba mieć, żeby powiedzieć „nie” ciambellinom? – wtrąciłam się ze śmiechem, pokazując jednocześnie na stolik, na którym i na mnie czekała słodka, poplamiona tłuszczem torebeczka z przyszłym grzechem podniebienia.
– Nie nie nie! – Zapierała się barmanka.
Dobrze, że nie jestem na żadnej diecie – pomyślałam w duchu.
Powrót października
Kiedy zatopiłam zęby w ciepłej jeszcze, pulchnej oponce, a usta oblepiły się waniliowym cukrem, pomyślałam, że dobrze się stało z tym pociągiem. Gdyby nie to, znów przegapiłabym ciambellini. W pierwszą sagrę jeszcze oponek nie było, dwa tygodnie temu wojażowałam po innych regionach, tydzień temu sagra została anulowana, więc ta sobota była w tym roku ostatnią szansą na tę słodką rozpustę.
Do doliny Lamone wrócił prawdziwy październik – taki jaki być powinien. W lekkiej koszuli, z ciepłym tchnieniem, ze słońcem we włosach, z całym naręczem kolorów, uperfumowany słodyczą pieczonych kasztanów. Mam nadzieję, że taki właśnie pozostanie z nami już do końca i taką też pałeczkę przekaże w sztafecie listopadowi, który już ustawia się w blokach startowych.
Przed nami ostatnia już w tym roku sagra. Dzień obudził się pogodny i poranny mrok, szybko przebrał się w błękity. Ludzie hurtowo robią zaległe pranie. Za oknami powiewają prześcieradła, okna znów otwarte są na oścież, tu i tam wychylają się jeszcze spod mokrych liści efemeryczne cyklameny…
Pięknego dnia.
„GRZECH ŁAKOMSTWA” to po włosku IL PECCATO DI GOLA


