Odpoczynek
– Dobrze, że jutro już poniedziałek, to przynajmniej odpocznę – powiedział zaczepnie próbując zachować powagę, kiedy w końcu zeszliśmy na normalny szlak.
– Dobra, dobra! Sam chciałeś, a poza tym my przecież nie umiemy inaczej. I wiesz co? Z kim ja mogłabym takie rzeczy robić, jeśli nie z tobą?
– Idem (to samo)! Z żadną inną!
– Popatrz na moje nogi! Całe poharatane! – po przedarciu się przez największe chaszcze moje uda i łydki wyglądały jak u pięcioletniej łobuzicy, a nie u kobiety w kwiecie wieku.
Po hulankach sobotniej nocy, które lepiej pominąć milczeniem – festa dell’Ozio w Tredozio, nauczyła nas na pewno tego, że w okolicach mamy kilku producentów ginu – przyszedł czas na niedzielny relaks. Jak już jednak nie raz zostało udowodnione ten relaks w tradycyjnym rozumieniu tego słowa wychodzi nam średnio. On już kilka dni temu powiedział: my odpoczywamy od poniedziałku do sobotniego ranka, czyli – kiedy pracujemy…
Stare miejsce, nowy "szlak"
W sobotę spontanicznie wymyśliliśmy, że w niedzielę, mimo trwających dzielnie upałów, idziemy na trekking. Trzeba dbać o formę przed naszym pierwszym wspólnym cammino. Nie chcieliśmy wędrować nigdzie daleko, ale jednocześnie nie chcieliśmy też iść utartym szlakiem.
On więc wymyślił i zaplanował trasę do Lozzole szlakiem, który pamiętał z dawnych czasów, a który oficjalnym szlakiem wcale nie jest.
Ruszyliśmy z miejsca, które nazywa się Suntina – to w połowie drogi pomiędzy Biforco i Crespino. Stoi tam tabliczka, która informuje o szlaku na Lozzole, jednak my zaraz za nią skręciliśmy w prawo trzymając się potoku i wzdłuż niego wędrowaliśmy przez kilka kilometrów.
W zieleni, w dziczy, wśród ważek, kijanek, głazów omszałych, dzikich lilii, starych kasztanów… Za każdym razem zamyślam się nad tym cudem, nad tym moim – nie raz już opiewanym – przywilejem. Jakże niezwykły jest ten zakątek świata! W czasach, kiedy ludzie już niemal wszystko zadeptali, to jest prawdziwa oaza spokoju.
Dreptałam za nim noga w nogę, Hoka w Hokę i tak dodreptaliśmy do Lozzole.
Improwizacja
Przy Lozzole rozłożyliśmy się z naszym piknikiem. Tym razem zamiast kanapek – przygotowana na szybko pasta fredda, obowiązkowo zjedzona „z jednej miski”, do tego soczyste brzoskwinie i melon.
Drzemka poobiednia udała się tak sobie, bo muchy i inne latające czorty oraz zastępy mrówek, skutecznie sen przepędzały.
Odczekaliśmy moment najbardziej ostrego słońca i w końcu ruszyliśmy dalej. Plan był taki, że za cmentarzem skręcamy w prawo – gdzie miała być jakaś ścieżka i zataczamy pętlę.
Szliśmy więc i szliśmy chrzęszcząc pod Hokami galestro, to żartując, to milcząc, śmiejąc się na zmianę, aż przybliżyliśmy się niepokojąco do pewnego gospodarstwa.
– To, co ci pokazuje aplikacja, to jak nic przechodzi koło Gusmanów – zaniepokojona przerwałam ciszę – Wiesz, że tam są słynne maremmani? Ja od razu powiem, że się boję, ale jeśli ty nie, to w porządku.
– Nie nie… – przystanął pełen wątpliwości – masz rację, będziemy za blisko psów.
– Ja już tam raz przechodziłam z moją odważną Tereską i to było mocne doświadczenie. Wiesz, że z tobą się niczego nie boję, ale…
– Skręćmy już tu, one, te drogi powinny się połączyć… – wskazał na wydreptaną dróżkę, bez żadnego oznaczenia.
Następne dwa kilometry szliśmy na czuja, bo ścieżka to była, to znikała w trawie lub w gąszczu jeżyn i pokrzyw.
– Jutro będziemy na pierwszych stronach gazet – zażartował – „dwójka miejscowych zgubiła się koło domu”.
– Nigdy w życiu! – stanęłam w naszej obronie – Kto jak kto, ale my?
Uwielbiam to w nas. Inaczej nie umiemy, musimy życiu przydać adrenaliny, potu, chrzęstu kamyków, podrapanych kolan. Tydzień temu On powiedział:
– Mam takie wrażenie, że ktoś gdzieś tam, kto karty rozdaje, pomyślał sobie: zróbmy tak, żeby ci dwoje się spotkali, będą się świetnie razem bawić.
I tak też się stało.
Pięknego nowego tygodnia i jak zawsze ROLKA (dla znających włoski – z bardzo sugestywną ścieżką dźwiękową, która zdaje się być napisana dla nas).



3 komentarze
Ach, te psy. Też miałam pietra, ale kto im dał radę? Ha, kto jak nie ja! Cudowne wspomnienia, i ten szlak, który już już się wypłaszczał, iiii znowu w górę. Chciałabym jeszcze raz…
Oj tak! Bohaterką dla mnie zostałaś po tej wyprawie!
Dziwne, ale nie boję się psów, choć wtedy zaczęłam mocno wątpić na ile to pomoże. Grunt, że wyszłyśmy z tego cało.😊