Laurka dla listopada
Burgund, vinaccia, machoń, ochra, siena, ugier, bordo, karmin, cynober – dla włoskiego listopada trzeba nauczyć się nazw tych wszystkich kolorów, bo powiedzieć żółty, czerwony i pomarańczowy byłoby niewybaczalną kpiną z artysty.
Na przełęczach Appennino Tosco-Romagnolo buki opadły już nieco z liści. Jeszcze tydzień temu były nawet lekko zielone, ale deszcz ostatnich dni potraktował je bez litości. Tak czy inaczej spowite w nastrojową, listopadową mgłę, która przycupnęła na szczytach, wyglądały baśniowo.
Krajobraz zmienia się teraz wraz z wysokością. Wystarczy zjechać do doliny, obniżyć nieco lot, znaleźć się poniżej 1000 metrów, żeby zobaczyć świat jeszcze pięknie jesiennie ustrojony.
Poza tym jest ciepło, naprawdę ciepło. Mówię to ja w pełni władz umysłowych. Jeszcze przez kilka dni da się funkcjonować z wyłączonym ogrzewaniem. W środku tygodnia mają się już wtarabanić z pełnym impetem chłodne noce. Przyjdzie więc czas, żeby nie tylko włączyć ogrzewanie, ale też przenieść kwiaty z zewnątrz do domu.
Listopad zeszłego roku przyniósł tyle dobrego, że do dziś trudno mi w to uwierzyć. Nie wiem jeszcze – bo kto to może wiedzieć – co przyniesie w tym roku… Najważniejsze, że niedziela była pierwszym od dłuższego czasu spokojnym oddechem. Bez napięcia, bez muszenia, pachnąca delikatnie lekkością bytu. Chciałabym bardzo, żeby w tym duchu wytrwał cały miesiąc.
Kolejne dary i kamienne mury
Wciąż z uwielbieniem patrzę na kamienne rudery. Powiedziałabym nawet, że to uwielbienie w ostatnich czasach spuchło, napęczniało, rozjątrzyło się jak zakażona rana. Być może za jakiś czas znów na chwilę przyschnie, być może kiedyś wygaśnie na dobre, ale dziś jest, dziś tętni i pulsuje jak oszalałe.
Otwory bez okien, wykusze, fragmenty posadzki, zapadające się stropy… Ludzi już nie ma, a kamienne mury dalej trwają.
„Mama śpi?” – wyświetla mi się wiadomość, kiedy po 4.00 rano sprawdzam na telefonie, która jest godzina.
Staję na baczność, bo pierwsze, co przemyka mi przez głowę to, że Mikołaj mnie potrzebował, a ja spałam i nie usłyszałam wiadomości. Zrywam się z łóżka, ale zaraz w pół kroku zatrzymuję się spokojna. Drzwi do jego pokoju są zamknięte. A zatem wrócił…
Skoro już się zerwałam – myślę sobie – zrobię sobie kawę. Zapalam światło w kuchni a tam…
Stara skrzynia, dwa wazony, dwa obrazy i stara lampa naftowa. Mikołaj znów nazwoził skarbów od taty Cateriny. Na pewno chciał mi je wszystkie natychmiast pokazać, zwłaszcza skrzynię… Oto dlaczego ta jego wiadomość o północy.
3 listopada i pierwszy poniedziałek. Dziś w Marradi tradycyjny jarmark Ognissanti. Stragany od rana do wieczora, słońce jak we wrześniu, trzeba coś dobrego – poza pracą – z takim dniem zrobić.
Dobrego poniedziałku!



4 komentarze
Coś jest w tych kamiennych domach. Zaklęta w kamieniu pamięć o mieszkańcach, ich pracy radościach i smutkach. Przeszłość, którą możemy sobie wyobrazić, każdy inaczej.
Zdjęcia cudowne, jak zawsze.
Dokładnie! Bardzo dziękuję <3
Gdzie są „skorupy”, skrzynia, wazony i obrazy? Daj Kasiu chociaż namiastkę, bo masz do czynienia z inną ich miłośniczką. Pozdrawiam. Hanka
Oj zapomniałam! Nadrobię!