Zapasy na zimę - ciąg dalszy
W poniedziałek zaraz po obiedzie, choć żar lał się z nieba, pognałam na stację po kapary. Na stację Biforco – bo właśnie tu na murze rosną całe kępy kaparów. Przyniosłam do domu, oczyściłam ze zbędnych łodyżek i zasypałam solą. Będzie ich na oko gdzieś ze trzy słoiczki. Muszą poleżeć w tej soli kilka dni, a potem zostaną zalane wodą z octem.
Kaparów jemy nieprzyzwoitą ilość. To samo jest z oliwkami, acciughe i cebulą. Jak te produkty – plus oczywiście makaron i wino – są w domu, to jesteśmy uratowani!
On zamówił też od dziewczyny z gór, która ma własne prawdziwie eko uprawy kilka kilo szalotki i czerwonej toskańskiej cebuli. Szalotkę też będziemy upychać w słoiki.
W tej chwili stan zapasów na zimę jest taki: kwiaty lipy i elicriso ususzone, nocino nastawione, 5 słoików dżemu morelowego zrobione. Z taką świadomością jakoś człowiekowi lepiej na duszy.
Żyjątka
Na telefonie wyświetliła mi się wiadomość od Mikołaja. Na niewyraźnym zdjęciu były dwie drobiny.
„Czy to są świeżo wyklute quaglie? (przepióreczki)” zapytałam z niedowierzaniem.
„Tak!”
Nikt chyba nie wierzył, że z tych jajek coś się wylęgnie, a tymczasem dwa pisklaki są. Dobrze, że one się wykluły teraz, a nie 5 dni temu! Tak czy inaczej można chyba powiedzieć, że dobrze się spisałam!
***
– Och! Buonasera!
– Do kogo ty mówisz? – popatrzył się zdziwiony, kiedy nagle pochyliłam się do samej ziemi.
– Guarda! Che bel riccio! (Popatrz jaki ładny jeż)
– Davvero! (rzeczywiście)
Riccio, czyli jeż siedział sobie dokładnie tuż pod jego nogami, kiedy szykowaliśmy grillową kolację. Nim usiedliśmy do stołu podaliśmy mu miseczkę wody z liściem sałaty, a po kolacji zaraz poszliśmy sprawdzić, czy jeż z niej skorzystał.
– Oj, lepiej nie patrz! – On szedł pierwszy.
Oczywiście na hasło „nie patrz”, człowiek zawsze patrzy.
Jeż leżał wyciągnięty jak długi na chodniku.
– On zdechł… Biedaczek. No nie…
– Trzeba go sprzątnąć, bo w tym upale jutro będzie tu niezły smrodek.
W chwili kiedy On się schylił, żeby wziąć jeża ten się poruszył.
– Nie, jednak żyje.
– Ale chyba umiera… albo udaje martwego.
Zostawiliśmy jeża tam gdzie był, ale czarnym świtem, jeszcze przed kawą poszliśmy sprawdzić co u niego słychać.
– Nie ma go!
– Dobry znak!
Po jeżu nie było nawet śladu. Mamy nadzieję, że ma się dobrze.
Tydzień lipcowy dotelepał się do półmetka. Przed nami gorący weekend na horyzoncie, w którym będą „skakać” motory, a my po raz pierwszy będziemy razem pracować przy jednym wydarzeniu. Ja znów wystąpię w roli oficjalnego fotografa.
Tymczasem dobrego dnia!



Jeden komentarz
Pewnie od sierpnia wpadnie też parę słoików grzybków marynowanych 😉