Czyj to w ogóle był pomysł
Nad tym kto to wszystko wymyślił zaczęłam się zastanawiać pod koniec pierwszego etapu na ostatniej wspinaczce, przy której każde z nas zaczęło walczyć z kryzysem zmęczeniowym. Tę podróż zaplanowaliśmy jeszcze wcześniej niż naszą majowo czerwcową wyprawę do Abruzzo. To musiała być głęboka zima.
– Kto wpadł na pomysł tego cammino?
– Jak to kto? Ty! – zaśmiał się.
– Serio? A to nie było tak, że ja tylko podesłałam ci reel z instagrama, a ty podłapałeś od razu temat?
Według mnie tak musiało być, bo chyba nie miałabym na tyle odwagi, żeby ciągnąć go na prawdziwe cammino bez jego inicjatywy. Pewnie pokazałam jakieś nagrania, On znając życie odpowiedział – „zróbmy to!”, a ja przyklasnęłam, bo cammino we dwoje i to w Abruzzo i to na Campo Imperatore było czymś więcej niż snem.
Niech te nasze dwie podróże do Abruzzo w jednym roku będą najlepszym dowodem na to, jak bardzo kochamy ten region.
Zaplanowaliśmy nasz marsz bardzo dokładnie i tu przyznam, że mistrzynią organizacji byłam ja, bo jednak moje doświadczenia z ostatniego roku nie były bez znaczenia.
W czwartek rano wyspani, w dobrych humorach i rozemocjonowani jak dzieci przygotowaliśmy auto do podróży i ruszyliśmy na południe. To przygotowanie auta, to rytuał, który celebrujemy z wielką radością i tak naprawdę jest początkiem każdej naszej podróży.
Potem było już tylko piękniej i jeszcze piękniej. Od Rimini autostrada niemal pusta i choć powietrze wciąż rozgrzewały upalne wakacyjne temperatury, to jednak wrzesień przepędził z wybrzeża większość turystów. Dlatego właśnie nad morzem postanowiliśmy zatrzymać się na obiad.
Zjechaliśmy z autostrady w Porto Recanati…
Lazur, palmy, kolorowe parasole, ciepły wiatr, a potem same przysmaki… Zgodnie stwierdziliśmy, że kulinarnie był to bardzo dobry początek naszych wakacji.
Il Cammino del Gran Sasso - kilka ciekawostek
O il Cammino del Gran Sasso dowiedziałam się nie dalej jak rok temu, a na koniec naszej wyprawy dowiedzieliśmy się też, że jest to rzeczywiście całkiem nowa trasa i powstała z inicjatywy jednego chłopaka – Federico, który ku wielkiemu oburzeniu rodziców (podobno już z synem nie rozmawiają) porzucił stałą posadę i oddał się przygotowywaniu jednego z najpiękniejszych w tej chwili cammini w całej Italii. .
Cały szlak podzielony jest na pięć etapów: Campo Imperatore – Castel del Monte, Castel del Monte – Rocca Calascio, Rocca Calascio – Santo Stefano di Sessanio, Santo Stefano di Sessanio – Barisciano, Barisciano – Fonte Cerreto. W sumie 61 km (choć w praktyce, jak zawsze, wychodzi więcej) i prawie 3000 metrów w górę. Trzy z etapów są całkiem krótkie, więc można pokusić się o pokonanie dystansu w 3 dni. Taki też był nasz plan.
W czwartek po południu dotarliśmy do Fonte Cerreto, gdzie mieliśmy zarezerwowany nocleg. W pobliskim Assergi zjedliśmy doskonałą kolację u Franchino, do którego na pewno wrócimy przy najbliższej okazji – nie tylko ze względu na jego kuchnię, ale dla samego Franchino, a potem rankiem zostawiliśmy auto na polecanym parkingu i kolejką linową wjechaliśmy na Campo Imperatore, skąd szlak oficjalnie bierze początek.
Campo Imperatore pieszo
Na Campo Imperatore przywitała nas bajeczna pogoda. Przez cały czas naszego marszu towarzyszył nam lazur bezchmurnego nieba i zadziwiająco, jak na wysokość na jakiej maszerowaliśmy (2000 – 1300 m), mocne słońce. Bluzy mieliśmy na sobie przez pierwsze pięć minut, potem już na stałe powędrowały na dno plecaka.
Znów zachwyciła nas przestrzeń, znów pokłoniliśmy się Corno Grande, które zadziornie góruje nad całym płaskowyżem, a jego zębaty profil można podziwiać przez chyba 80 % trasy.
Pierwszy etap od razu zaczyna się raptownym zejściem, aby chwilę potem znów wchodzić – już łagodniej – pod górę. Szutrowa „podgórka” prowadzi do Vado di Corno, skąd Corno prezentuje się najpiękniej. Od przełęczy trzeba cofnąć się kilka kroków, żeby wrócić na szlak i tu wreszcie rozpoczyna się wyprawa przez Campo Imperatore, które z każdym przewędrowanym kilometrem coraz bardziej się wydłuża i zdaje się nie mieć końca. Takiej przestrzeni nie widziałam nigdzie indziej. Dwaj wędrowcy, którzy wędrowali przed nami byli dwoma punkcikami. Trudno było ocenić o jaki dystans nas wyprzedzali. Mogło to być zarówno 5 jak i 10 kilometrów. Nasz marsz przypominał sceny z filmów, kiedy to nieszczęśnicy przez całe dni wędrują przez pustynię i zdają się być ciągle w tym samym miejscu. Dopiero przemierzając Campo Imperatore pieszo czuje się naprawdę jego ogrom, niezmierzoność, majestat… Zdaje się nie mieć końca.
W pewnym momencie droga zrobiła się nużąca… Płasko, płasko, płasko, dosłownie jak „w stepie szerokim….” Żartowaliśmy, że jak po tej wyprawie ktoś się nas zapyta: „znacie Campo Imperatore?”, to się najpierw obśmiejemy, a potem prychając odpowiemy: „niemal każdy jego centymetr, jak Campo długie i szerokie…”
Pierwszy etap jest niestety bardzo słabo oznaczony i praktycznie bez aplikacji GPS nie sposób odnaleźć szlak. My gubiąc się nadłożyliśmy tylko 3 kilometry drogi, co też ostatecznie wyszło nam na dobre, bo ta pomyłka zaprowadziła nas do prawdopodobnie jedynego w promieniu 10 kilometrów drzewa dającego cień, pod którym zjedliśmy nasze kanapki, natomiast wędrowniczki, które spotkaliśmy potem w hotelu tych kilometrów nadłożyły już 7!
Piękna odmianą po niezmierzonym płaskowyżu był kanion, którego nie mogliśmy się doczekać, bo dla obojga, było to miejsce zupełnie nieznane, nawet jeśli wielokrotnie występowało jako sceneria znanych filmów, zwłaszcza westernów.
Canyon dello Scoppaturo i koniec I etapu
Do Canyon dello Scoppaturo dotarliśmy po wielu godzinach marszu i tu zaufaliśmy własnej intuicji porzucając na chwilę oficjalny szlak, który omija część kanionu i każe podziwiać go z góry. Zastanawialiśmy się długo skąd taki pomysł i dlaczego tak mizerne oznaczenie na minionych kilometrach. Wytłumaczyła nam to na drugi dzień pani z gminy Santo Setfano stemplując nasze crednziali. Otóż przede wszystkim większość terenu Campo to pastwiska, a po drugie głos zabrali ekolodzy, według których więcej tabliczek było szkodliwa dla środowiska… Miła pani rozłożyła tylko ręce i powiedziała „bez komentarza”.
Od kanionu czekało nas już tylko ostatnie podejście, właśnie to, o którym pisałam wczoraj, kiedy on włączył naszą playlist, by ta pomogła w walce ze zmęczeniem.
Nim jednak ją uruchomił przystanęłam i powiedziałam:
– Tak idę i się zastanawiam ile razy wysłałeś mnie w myślach w cholerę?
– Ani razu! – uśmiechnął się zasapany.
– Serio?
– Serio! Podoba mi się!
– To znaczy, że pójdziemy jeszcze na jakieś cammino?
– Pewnie, że tak!
Droga znów na chwilę się wypłaszczyła, a zaraz potem zaczęła stromo opadać w dół, gdzie majaczyły już dachy Castel del Monte…
Dotarliśmy do końca pierwszego etapu. Zamiast 21 kilometrów, jak podają oficjalne dane, przeszliśmy prawie 28 i ponad 400 metrów w górę. Byliśmy zakurzeni, spoceni, zmęczeni, ale bardzo usatysfakcjonowani. Zmęczenie z niezwykłą łatwością przepędził prysznic i chwila odpoczynku w pozycji horyzontalnej. Na kolację poszliśmy w formie, jakby żadnych kilometrów za nami nie było.
CDN….
Jeszcze raz ROLKA etap I i zapowiedź etapu drugiego, w którym tak naprawdę przeszliśmy etap 2,3 i 4!


