Hulali po polu...
O tym, że istnieje coś takiego jak Motoaratura dowiedziałam się mniej więcej miesiąc temu. Po tym, jak przez trzy dni bawiliśmy się na sagrze w sąsiednim San Martino, gdzie między innymi podziwialiśmy popisy aut 4×4 w polowym offroad, okazało się, że ja i Moja Druga Para Hoka mamy jeszcze jedną wspólną rzecz, która nas łączy. Wertepy, drogi-niedrogi, błoto, offroad! Nigdy nie podobały mi się szybkie samochody, ani też nie imponowała mi szybkość, jaką mogły rozwijać, natomiast od dawna nęciły kostropate drogi. Ileż „wycierpiał” Ranger Mario na apenińskich bezdrożach…
A zatem zaraz po tym, jak okazało się, że kolejna rzecz nas łączy zaczęłam przekopywać internet w poszukiwaniu ciekawych wydarzeń i tak oto znalazłam tuż pod bokiem w Sant’Andrea – Motoaraturę!
Motoaratura to typowa wiejska sagra, na której nie brakuje oczywiście jedzenia i picia, ale jej największą ozdobą są przede wszystkim wyścigi traktorów w oraniu pola. Arare to znaczy orać!
Ekstremalnie
W niedzielę zaraz po tym, jak On uporał się ze sprawami rodzinnymi, a ja zeszłam z gór, ruszyliśmy w stronę niziny Romanii. Motoaratura zaskoczyła nas swoją przestrzenią, to jedna z większych fest, na jakiej mieliśmy okazję być.
Zaczęliśmy oczywiście od uczty! Doskonale tortelli i cappelletti, dobrze naczosnkowane bruschette z prosciutto i oczywiście wino.
Potem przeszliśmy do sektora, który tak naprawdę przywiał nas w te strony – offroad i nasi znajomi z „Lamone 4×4”.
Żartowaliśmy, że offroadowa przejażdżka terenówką była naszym kolejnym wspólnym pierwszym razem… Do tej pory obydwoje podziwialiśmy takie popisy tylko jako widzowie.
Kiedy skończyła się nasza przejażdżka, znów wróciliśmy do gapienia się na popisy innych, ale już chwilę potem On powiedział:
– Chcesz się przejechać prototypem?
I tak oto kilka minut później siedziałam w kabinie – klatce obok pilota i piałam z radości jak dziecko, kiedy prototyp pokonywał kolejne przeszkody wystawiając czasem do wiatru prawa fizyki. To było fenomenalne!
Uprzedzam pytania – nie, nie kupujemy terenówki, ale oczywiście muszę przypomnieć, że nasz Gianly też jest 4×4!
I to by było na tyle, jeśli chodzi o miniony weekend. Dotelepaliśmy się do środowego wieczoru. Plecaki są już spakowane. Nie mogłam się doczekać tego momentu. Mam nadzieję, że wszystko pięknie nam się uda. On oczywiście martwi się czy podoła, bo to jego pierwsze cammino, ale ja powtarzam, że to przecież nie wyścig i próba sił. Najważniejsze to rozsmakować się w powolnym wędrowaniu…
Przed nami jeden z ulubionych regionów, dystans ponad 60 km i 2000 w górę w trzy dni. Kciuki mile widziane!
Jeszcze nie zdecydowałam, czy będę relacjonować na bieżąco, tak jak w poprzednich marszach. Z jednej strony bardzo bym chciała, a z drugiej kiedy jesteśmy razem, to żal mi każdej minuty, która odciąga uwagę od nas. Myślę, że wszystko samo spontanicznie się zdecyduje.
Pięknego weekendu już dziś i do usłyszenia we wtorek.
A tu oczywiście offroadowa ROLKA.


