Muzyka ku pokrzepieniu serc
Za nami było mniej więcej 90% ostatniego już tego dnia podejścia. Kończyliśmy pierwszy etap i z niecierpliwością wypatrywaliśmy Castel del Monte, gdzie wypadał nasz pierwszy nocleg. Dystans ostatecznie okazał się nieco dłuższy niż podawały oficjalne dane. Byliśmy wykończeni. Ja dodatkowo bałam się, że dopadnie go kryzys… Odwróciłam się kolejny raz, żeby zobaczyć jak daje sobie radę. Podgórki zawsze robimy w takim właśnie szyku – ja pierwsza On drugi, bo pod górę to ja mam w sobie większą wytrzymałość i zadziorność. On natomiast zawsze idzie z tyłu w czasie zejść, bo jest o wiele bardziej nieustraszony niż ja.
Odwróciłam się więc kolejny raz i zobaczyłam jak przystaje sięgając do kieszeni.
– Tutto bene?
– Bene, bene. Aspetta! (Poczekaj!)
W tym momencie wyciągnął z kieszeni telefon i uśmiechając się zawadiacko włączył naszą ulubioną playlist.
– Sei un genio! (Jesteś genialny!)
– Muzyka pomaga i dodaje sił. Nie wiedziałaś o tym?
Maszerowaliśmy więc dalej wywijając kijkami i gibając się rytmicznie, jakbyśmy byli na parkiecie naszej letniej marradyjskiej dyskoteki. Kilkaset metrów dalej podgórka się skończyła i wreszcie zobaczyliśmy dachy Castel del Monte…
To był chyba najpiękniejszy moment tej wyprawy.
Abruzzo i Cammino del Gran Sasso - najpiękniejsze chwile
Choć z drugiej strony najpiękniejszych momentów było więcej. Na przykład kiedy już po skończonej wyprawie wróciliśmy autem do tempietto (pradawna świątynia), aby skorzystać z naszego podróżnego prysznica, a potem staliśmy tak, jak nas pan Bóg stworzył i czekaliśmy aż ciepły wrześniowy wiatr przyjemnie nas osuszy.
A może jednym z najpiękniejszych momentów był ten, kiedy ruszaliśmy kolejką górską w stronę Campo Imperatore, gdzie zaczynało się nasze pierwsze wspólne cammino.
Albo jeszcze inaczej… Może najpiękniejszą była chwila, kiedy siedzieliśmy na murku w palącym słońcu w Brisighelli i czekaliśmy aż automyjnia pięknie wyszoruje do drogi Gianly’ego, bo to wszystko co potem dopiero miało się wydarzyć? Równie dobrze jedną z najpiękniejszych chwil mógł być też obiad po drodze kilka godzin później w senno letnim, choć jeszcze wakacyjnym Porto Recanati?
Sama nie wiem… Trudno wybrać ten jeden najmilszy, najulubieńszy moment. To była wspaniała podróż – taka próba sił, jeszcze jedna próba dla nas, bo wyprawa wymagała walki z własnymi słabościami.
Po tych kilku dniach wędrówki, o której będę bajać od jutra on powiedział, że było to wyjątkowe doświadczenie i już nie może doczekać się kiedy znów wyruszymy w długi marsz na Dwie Pary Hoka.
Ostatecznie zdecydowałam nie relacjonować tej wyprawy na żywo z jednego prostego powodu – kiedy jesteśmy razem żal mi każdej chwili. Instagram, blog poczekają, wspólne chwile natomiast są bezcenne.
Tu zatem już post factum video z pierwszego dnia naszego Cammino del Gran Sasso. Dobrego dnia!


