Początek wiosny
W ogóle we wtorek nie miałam czasu na żadne „łąkowanie”, nic a nic. Im bardziej jednak tego czasu nie miałam, tym bardziej uparłam się, żeby go sobie wyskrobać z niczego i kiedy wracałam od Mario z popołudniowej wizyty, najpierw tęsknie spojrzałam na Castellone, potem na zegarek w telefonie, potem znów na Catsellone i jeszcze raz na zegarek… Próżno było się łudzić. Nawet truchtem nie wyrobiłabym się przed popołudniową lekcją. Niewiele myśląc, postanowiłam zatem zboczyć na chwilę z trasy i przynajmniej na kilka chwil uciec w najbliższy i najwygodniejszy mi zakątek, od którego dzieliło mnie tylko 10 minut „podgórki”.
Żeby wywołać w sobie przypływ endorfin, muszę się znaleźć wysoko. Nie bez powodu ta moja fiksacja na góry.
Głowa odpoczywa
Wdrapałam się na to strome zbocze i usiadłam tam, gdzie był jakiś punkt zaczepienia, żeby nie zjechać w dół i gdzie słońce nadal przyjemnie grzało. Chciałam wyciągnąć notes, chciałam pisać, chciałam posłuchać muzyki, chciałam… sama nie wiem już co chciałam, ale ostatecznie tylko siedziałam i podziwiałam ten nadzwyczajnej urody pierwszy w tym roku dzień wiosny.
Mimo tego wszystkiego co spadło mi na ramiona, staram się być konsekwentna w złożonej sobie obietnicy. Każdego dnia coś dla mnie, a to co sprawia mi wielką radość do wędrowanie i bycie z własnymi myślami.
Rzym, Neapol, co komu wolno i na co kto czeka...
– Wysłałam tyle maili i nikt mi nie odpowiedział… – powiedziałam z żalem, kiedy Mikołaj wrócił ze szkoły i usiadł do obiadu.
– Kiedy wysłała?
– Wczoraj o świcie.
– O Jezu! To chwila! Wie ile ja czekałem?
– Na co czekałeś?
– Żeby mi odpowiedzieli z wojska.
…
– To co robimy z tym Rzymem?
– Ja chcę Muncha zobaczyć.
– Mi nie chodzi o Muncha, a o Caravaggio.
– Ok. wszystko jedno. Nie ma jakiś punktów nazbieranych na FrecciaRossa?
– Nie ma…
– Nie lubię Rzymu.
– Ja też nie, ale taka wystawa już się pewnie nie powtórzy!
– Będą wszystkie jego obrazy?
– Wszystkie to niemożliwe, ale mnóstwo! Ja dla Rzymu też nie mam serca, ani tolerancji. Na przykład jak dla mnie odór moczu i syf w Neapolu powinni objąć patronatem UNESCO, Neapolowi wolno, a w Rzymie to samo irytuje mnie jak nie wiem co!
– Ja jak jadę do dżungli, to wiem czego się spodziewać, a od stolicy to jednak wymagam! To tak jak w tym Berlinie, jem sobie kebaba, a szczury mi pod nogami biegają. Bleh…
Nic nam pewnie z tym Rzymem nie wyjdzie, bo naprawa Gratka pochłonie cały nadprogramowy budżet, ale do lipca jeszcze trochę czasu – wtedy kończy się wystawa – więc kto wie, co się wydarzy.
Na najbliższy weekend straszą nas pomarańczowym alertem. Nie wiem co z tym „niusem” zrobić… Mam nadzieję, że nasze futurystyczne wizje rozrysowane dla żartu przy niedzielnym obiedzie w CasaGallo, nie staną się nową aktualną mapą Appennino….
Pięknej reszty dnia!
Ps. Moje pisanie z przekąsem o Rzymie to już tradycja, jednak przy każdej okazji staram się z tym miastem zaprzyjaźnić. Kiedyś może mi się uda.



4 komentarze
Co do Rzymu mam podobne odczucia. Ale jednak mają okazję zobaczyć Rzym bardzo ” od kuchni” wiele rzeczy mnie w nim urzeka. Proszę uprzedzić kiedy się wybieracie a może uda się znaleźć czas na wspólną kawę
Co do Rzymu mam podobne odczucia. Ale jednak mając okazję zobaczyć Rzym bardzo ” od kuchni” wiele rzeczy mnie w nim urzeka. Proszę uprzedzić kiedy się wybieracie a może uda się znaleźć czas na wspólną kawę
Byłam w Rzymie kilka dni na studiach, ta część turystyczna jest dla mnie dobra na chwilę: pójść,zobaczyć i uciekać ale miejsca nieznane turystom, wąskie uliczki i zwykłe nieturystyczne budynki mają już dla mnie zupełnie inny czar. Po takim codziennym Rzymie z jego zwykłymi mieszkańcami mogłabym spacerować zdecydowanie dłużej. Pozdrawiam serdecznie
Też chciałabym mieć kiedyś możliwość pomieszkania w takim zwykłym Rzymie. Może to pomogłoby zaprzyjaźnić się z tym miastem.