Oswojenie potworów i wieczór nad Bolseną
Z zarośli wyskoczyły dwa koty…
Usztywniłam się jak zwykle sparaliżowana strachem, ale już po chwili zaczęłam przejmować nad wewnętrznym demonem kontrolę.
– Jest ok? – zapytał patrząc na mnie uważnie.
– Tak, daję radę – odpowiedziałam i zaraz prychnęłam w stronę kotów najgrzeczniej jak umiałam – Psik! Psik! Andate via! (Idźcie stąd!)
Koty na pewno przyzwyczajone były do tego, że od plażowiczów czy spacerowiczów zawsze coś mi mogło skapnąć, więc tak łatwo wcale nie dawały się przepędzić. To się przybliżały, to ja znów psikałam i tak w kółko, ale już nie byłam oblana potem.
Kilka słów o mojej fobii…
Kto mnie zna, ten dobrze wie, czym jest moja felinofobia – to się chyba tak nazywa. Lęk, choć bardziej powiedziałabym obrzydzenie do kotów towarzyszy mi od lat nastoletnich. Wychowałam się w obskurnej kamienicy na warszawskim Grochowie i zimą, kiedy na klatce nie było nawet światła, wszystkie dzikie koty chowały się w środku. Gdy wracałam do domu już po zmroku, najpierw z hukiem otwierałam drzwi klatki, a potem czekałam aż koty czmychną. To ich czmychanie między moimi nogami przyprawiało mnie o dreszcze. I tak już ta niechęć została. Na samą myśl o tym, że kot może się o mnie otrzeć oblewał mnie zimny pot i aż mną trzęsło.
W ostatnich latach wiele razy słyszałam: ale jak to można bać się kota??? Ale serio? A co ci kot zrobił? A małych też się boisz?
Pamiętajcie, że jakakolwiek fobia jest lękiem irracjonalnym. Naprawdę nie działa mówienie: wmówiłaś to sobie, jak weźmiesz małego kotka, to się przyzwyczaisz, popatrz jaki ładny jest mój kotek i taki dobry, że tylko się łasi. Nie działa też złoszczenie się, wyśmiewanie czy bagatelizowanie. To jest lęk.
Tylko ja wiem, ile w życiu nadłożyłam drogi, żeby tylko ominąć kota, do ilu miejsc nie pojechałam, nie weszłam, bo był kot…
I teraz siedzimy nad Bolseną z naszym prosecco, koty harcują, a ja oczywiście je przeganiam, ale już bez paniki, bez zimnych potów.
On podszedł do tego od początku z gigantycznym zrozumieniem, wsparciem i chęcią prawdziwej pomocy.
– Ja wiem, że to głupie, tylko nie denerwuj się na mnie…
– Dlaczego miałbym się denerwować. Z lękiem trudno wygrać. Ja też się boję.
– Czego?
– Ciemności.
I tak zaczęło się wychodzenie z mojego lęku. Miłością, zrozumieniem, stanowczością i wsparciem. Żadnego wyśmiewania, żadnej kpiny. Dziękuję Roberto.
Mała dygresja niechcący wypełniła cały rozdział. A wieczór był jak malowany i gdybym mogła to najchętniej cofnęłabym czas – dla kolorów, dla słów, dla smaków, dla ciepła…
Ostatecznie po kolacji zdecydowaliśmy się auto przestawić – nie ze względu na koty, tylko na wygodę, by na drugi dzień odbiór rowerów mieć tuż pod ręką.
Rowerowy debiut
Wiedziałam, że wcześniej czy później będę chciała podjąć tę próbę. Jeśli on wyruszył ze mną na kilkudniowy marsz, aby zasmakować mojej pasji do cammino, ja chciałam koniecznie podjąć wyzwanie rowerowej eskapady off road, które uwielbia On. Przejechaliśmy w sumie 42 km i zrobiliśmy 954 m przewyższenia w górę. Dzielnie dałam radę i nie umarłam, choć momentami bałam się, jak nie wiem co. O tym doświadczeniu postanowiłam jednak napisać na sam koniec mojej opowieści, bo inaczej znów zastanie mnie noc nim dotrę w słowach do Civita di Bagnoregio.
Civita di Bagnoregio
Civita di Bagnoregio jest jednym z najbardziej fascynujących miejsc w Italii. Często nazywana jest „la città che muore” – czyli miasto, które umiera. Znajduje się w północnej części Lazio, otacza ją dolina Valle dei Calanchi i dziś uznawana jest za serce krainy „Tuscia Laziale”,
Miejsc znanych z calanchi jest w Italii wiele, ale żadne z nich nie może się równać z Civita. To miejsce niemal surrealistyczne.
Dawniej było to miasto Etrusków, które z czasem musiało bronić się przed najazdami Rzymian, później Gotów i Longobardów, aż w końcu Państwa Papieskiego. Następnie w 1100 roku zostało ogłoszone wolnym miastem, które – tak czy inaczej – wciąż zmuszone było opierać się dominacji pobliskiego Orvieto.
W 1221 roku urodził się tu San Bonaventura, który stał się patronem i symbolem miasta. Jego ochrona wyczerpała chyba swoją moc około 5 wieków później, kiedy to Civita musiała zmierzyć się ze skutkami dwóch silnych trzęsień ziemi i szybko postępującą erozją. Po tych zdarzeniach mieszkańcy zaczęli opuszczać swoje domostwa i przenosić się dalej – tu gdzie dziś istnieje miasteczko Bagnoregio.
„Ogryzek” Civita stał się niecodzienną atrakcją dla odwiedzających Italię i fenomenem jedynym w swoim rodzaju. Dziś do osady prowadzi długi most, po którym można przejść tylko pieszo. Na stałe mieszka tu już garstka ludzi i dużo… kotów.
To, co mnie bardzo pozytywnie zaskoczyło, to fakt, że mimo ogromnego zainteresowania ze strony turystów, Civita ocaliła swój folklor, nie stała się kolejnym „disnejlendem” dla turystów, tak jak wiele znanych mi miejsc.
Zatrzymaliśmy się na obiad w lokalnej trattorii, o której wcześniej wyczytaliśmy same dobre rzeczy. Zjedliśmy wspaniale i zapłaciliśmy mniej niż dzień wcześniej w Orvieto. Jeśli zawitacie w te strony polecam Wam więc całym sercem Osteria al Forno di Agnese (nie jest to płatna reklama!). Siedzieliśmy przy stoliku rozanieleni wychwalając tutejsze smaki i wspominając z niesmakiem obiad dnia poprzedniego, a między nami przycupnął i łypał błagalnym okiem prawdziwy kot. To było jeszcze bardziej surrealistyczne niż cała Civita di Bagnoregio.
Po obiedzie ruszyliśmy na krótki spacer kamiennymi uliczkami. W jednej z nich przed skromną ukwieconą fasadą zatrzymaliśmy się i westchnęliśmy unisono… Słowa nie były potrzebne.
– Piękny.
– Idealny.
Następnie znów przeszliśmy przez długi most zawieszony nad doliną, wsiedliśmy na rowery i ruszyliśmy w stronę jeziora.
CDN…



Jeden komentarz
Kolejny wpis, który czytam i ‚oczy mi się pocą’. Pięknie i wzruszająco.
Tak się cieszę Twoim szczęściem, Kasiu. ❤️❤️❤️