Z dawnych czasów
Z dzieciństwa mam takie jedno bardzo wyraźne wspomnienie. Był koniec lat 80-tych, moja kuzynka wychodziła za mąż, więc cała rodzina zebrała się w domu u cioci na jednej z siedleckich wsi. Organizacja wiejskiego wesela to było wtedy prawdziwe wydarzenie! Ponieważ na takim weselu bawiła się zwykle cała wieś, wszystkiego musiało być dużo – nie tylko jedzenia, ale też nakryć. I tak oto na kilka dni przed uroczystością pojechałam z ciocią na furmance do jednej z sąsiednich wsi, żeby od znajomych pożyczyć dodatkową zastawę.
To był prawdziwy wiejski dom z liczną gromadką dzieci. Dotarłyśmy na miejsce akurat w porze obiadu. Pamiętam do dziś, jakie ten obiad zrobił na mnie wtedy wrażenie.
Na stole wylądowała wielka micha ziemniaków polanych tłuszczem ze skwarkami, do tego podano kwaśne mleko. I tak oto wszyscy członkowie rodziny zebrali się do stołu i każdy złapał za swoją łyżkę. Dla warszawskiej dziewczynki było to zjawisko zupełnie nowe…
Zupa cebulowa
W piątkowy wieczór postanowiliśmy przetestować nowy przepis. Zupa cebulowa z mąką kasztanową podana w chlebie chodziła za nami od momentu, kiedy On znalazł ten przepis.
– Już mnie oczy zaczynają szczypać – powiedziałam szatkując kolejną cebulę.
– Zaczynają? Ja płaczę! – siąknął nosem.
– Może ja już swoje łzy wypłakałam i teraz mnie tylko szczypie?
Skroiliśmy prawie dwa kilo cebuli, a ja nie uroniłam ani jednej łzy. Cebula została podsmażona, zaprawiona mąką kasztanową i zalana cebulowym wywarem, ale przepis dokładny podam wkrótce, gdyż musimy zrobić bis i odrobinę go ulepszyć.
Tak czy inaczej zupa wyszła doskonała, a my przede wszystkim znów mieliśmy radość wielką ze wspólnego gotowania. Za te momenty wypełnia mnie za każdym razem bezgraniczna wdzięczność.
– To ty zjedz w chlebku, a ja sobie nałożę do miseczki – zaproponowałam, kiedy wyciągnęliśmy opieczony chlebek z piekarnika.
– Dlaczego? – zdziwił się – a nie możemy razem zjeść z chlebka?
– No pewnie, że możemy – rozpłynęłam się i wtedy właśnie wróciło to wspomnienie z wiejskiego domu.
Kto by pomyślał, że kiedyś będę siedzieć w toskańskiej kuchni i z Miłością Mojego Życia zajadać z jednej „miski” cebulową zupę. Życie jest przedziwne.
Na piątkowy wieczór zawsze bardzo się cieszymy, bo w końcu – nawet jeśli sobota rano jest pracująca – zaczyna się dla nas czas nie ograniczony żadnymi budzikami. Wspaniale jest po prostu móc być razem i robić nawet najprzyziemniejsze na świecie rzeczy.
Niestety dzisiejszą noc i poranek zaburzyło pojawienie się dawno niewidzianego gościa. Zmora wróciła z przytupem i z całą paletą atrakcji. Poranne lekcje mimo wewnętrznej walki musiałam odwołać. Dopiero teraz usiadłam przed komputerem i powoli wracam do żywych, choć to wracanie idzie tak sobie…
Mam nadzieję, że Zmora się zlituje i nie zrujnuje mi całego weekendu.
Pięknego czasu dla Was!


