Genów nie wydłubiesz
Od kilku lat odczarowuję listopad i to odczarowywanie wychodzi mi nawet z sukcesem. Po pierwsze odkąd pracuję intensywnie z turystami w sezonie letnim, który w Marradi trwa do końca października, listopad stał się takim cichym pomostem pomiędzy jednym chaosem i drugim. Pomiędzy latem, a zamętem Bożego Narodzenia. Przychodzi w końcu czas dla mnie. Poza tym dwa lata temu listopad przyniósł tyle dobrego, że w snach najśmielszych nie miałam nawet odwagi na takie fantazje.
Powinnam być zatem konsekwentna i dalej ku czci listopada piać peany. Jednak, żeby było to możliwe powinnam zamknąć okiennice lub przynajmniej nie musieć wychodzić z domu.
Listopad to jednak listopad – genu nie wydłubiesz!
Mikołaj człowiek pracy
Mikołaj wrócił dziś w porze obiadu przemoknięty do suchej nitki. Dłużej pracować się nie dało. W ostatnich dniach zebrał setki kilogramów oliwek i znów z dumą prezentował spracowane ręce. Będę się znów powtarzać, ale my obydwoje do tych spracowanych rąk mamy szczególną słabość. Dla Mikołaja są one trochę wyznacznikiem przyzwoitości człowieka, jego pracowitości, odpowiedzialności. Dla mnie podobnie i te moje ulubione ręce fotografowałam pewnie częściej niż stopy ustrojone w ulubione Hoka. Była to też pierwszy komplement, jaki mu powiedziałam: „podobają mi się twoje dłonie”. Aż się wierzyć nie chce, że to było już prawie dwa lata temu.
Dziś przed nami znów kulinarno pichcący piątek. Menu już zaplanowane i mam nadzieję, że efekt przebije nasze oczekiwania, a ja już wkrótce podzielę się kolejnym przepisem. Na weekend planów jeszcze brak poza tym, że będziemy biegać po Apeninach i jak zgadła Małgosia zbierać owoce – a dokładnie tarninę na bardzo popularny tu likier prugnino.
Pięknego dnia!
Ps. Zdjęcie aktualne – pierwszy fiołek tej jesieni…


