Orvieto sotterranea
Pierwszym miastem, które zwiedziłam od trzewi była Perugia. Tamten spacer wywarł na mnie piorunujące wrażenie, dlatego też nie mogłam wyjechać z Orvieto, bez zapuszczenia się w jego podziemia i „podpodziemia”…
To był nasz ostatni zaplanowany punkt w mieście, a że popołudniowe zwiedzanie – Orvieto Sotterrranea można podziwiać tylko z przewodnikiem i w zorganizowanych grupach – zaczynało się o 16.00, dlatego też zostawiliśmy je na koniec naszego orvietańskiego dnia.
Od Pozzo di San Patrizio poszliśmy chwilę odpocząć na jednej z ławeczek zielonego zakątka, który otaczają masywne mury Fortecy Albornoz. Potem przeszliśmy jeszcze raz plątaniną wąskich uliczek i wróciliśmy przed Duomo, gdzie o wskazanej godzinie miał czekać przewodnik. Mieliśmy więc sporo czasu na podziwianie misternej fasady świątyni, która jaskrawo kontrastowała ze skromnością pozostałych budynków otaczających plac.
Trzewia Orvieto zostały wydrążone około 2500 lat temu i dziś – jak wyjaśniła nam przewodniczka – kiedy spacerujemy po mieście, co trzeci, czy też co czwarty krok robimy w powietrzu, a co za tym idzie, można powiedzieć, że umbryjska perła jest zawieszona pomiędzy niebem, a ziemią.
Podziemne tunele, z których dziś zwiedzającym oddana jest tylko ułamkowa część, zostały wydrążone głównie w celach powiększenia „roboczej”, a nie mieszkalnej przestrzeni miasta. Znajdowały się tu między innymi tłocznie oliwy i gołębniki. Przewodniczka przez godzinę opowiadała nam fascynującą historię miasta: o Etruskach, o Rzymianach, o oblężeniu, któremu miasto opierało się dzielnie przez dwa lata, o geologii, o szlachcie, o zwyczajach… Nie mam aż tyle czasu, żeby dziś jej opowieść streścić, ale całym sercem polecam Wam Orvieto i okolice, bo to niewyczerpana skarbnica miejsc zachwycających, nieoczywistych i niekoniecznie zadeptanych przez masową turystykę.
Złota godzina i zachód nad Bolseną
Kiedy znów wyszliśmy na powierzchnię, na świecie panowała złota godzina. Fasada Duomo taplała się w ciepłych promieniach październikowego słońca. Gwar w miasteczku nieco przycichł, a my powoli w asyście wydłużających się naszych cieni, które tak bardzo lubię fotografować poszliśmy na parking, by znów wsiąść do Gianly’ego i ruszyć w stronę jeziora Bolsena.
Lago di Bolsena to największe wulkaniczne jezioro Europy, jest absolutnie zachwycające i po cichu przyznam, że to moje ulubione włoskie jezioro. Kiedy trafiłam tu po raz pierwszy dziesięć lat temu, urzekł mnie jego spokój. Wtedy pomyślałam, że to było tylko chwilowe wrażenie, ale ta podróż utwierdziła mnie w przekonaniu, iż jest to miejsce naprawdę wyjątkowe. Jakby czas tutaj biegł wolniej, jakbyśmy byli nieco poza chaosem dzisiejszego świata. To wrażenie sprzed dziesięciu lat jeszcze bardziej się we mnie umocniło.
– No szybciej! – wzdychał z niecierpliwością patrząc na wleczące się przed nami auto – przez ciebie stracimy cały zachód słońca!
A zachód tego dnia, czy też wieczora, był piękny! Smugi chmur paskowały niebo, żar odbijał się w tafli wody jak w lustrze, lustro falowało delikatnie jak czarny atłas, na którym parami dryfowały kaczki.
Szybko znaleźliśmy bardzo spokojny zakątek i zaczęliśmy rozkładać się z naszym dobytkiem. Woda w prysznicu wystygła i było już trochę późno, ale temperatura nadal była przyjemna. Odświeżyliśmy się więc, przebraliśmy w wyjściowe odzienie i zaraz rozłożyliśmy na brzegu nasze krzesełka, by jak należy, schłodzonym prosecco uczcić kłanianie się słońca.
Kiedy tak siedzieliśmy w rozmarzeniu, rozczuleniu, roztkliwieniu i sączyliśmy nasze aperitivo, w krzakach coś zaszeleściło i nagle wyskoczyły na plażę cztery pary oczu. CDN…
Zapraszam Was do odwiedzenia jeszcze raz wczorajszego wpisu, bo jakimś cudem, nie załączyła się wczoraj część zdjęć pokazujących Pozzo di San Patrizio. Dla lubiących obraz w ruchu zostawiam też TRZY podsumowujące ROLKI z naszej PODRÓŻY.
A już jutro dopiszę kolejny akt do mojej opowieści. Pięknego popołudnia i wieczoru!



2 komentarze
Co za cudowne zdjęcia ! Napatrzeć się nie mogę , dziekuję Kasiu !
Umiesz budować napięcie, Kasiu:) Niebo w paski jest NIE SA MO WI TE! Mnie w Orvieto zachwyciło Muzeum Etruskie, aż nie wierzyłam w to, co widzę, i że naprawdę to widzę. Takie tam zboczenie zawodowe:)