Reklama
W środowe popołudnie niespodziewanie odwołała się jedna lekcja, więc niewiele myśląc przebrałam się, wcisnęłam do marsupio książkę i poszłam na szlak. W ostatnich dniach wróciłam znów do moich rygorystycznie przestrzeganych 10 km dziennie. Oczywiście czasem się tyle nie da, ale wtedy przynajmniej ostrzejsze przewyższenie. Tak czy inaczej, zaniedbałam moje dreptanie latem, bo jednak przy 40 stopniach wyjście w górę nie było najrozsądniejszym pomysłem. Teraz wszystko wraca do posezonowego rytmu.
Ponieważ nie musiałam wczoraj pędzić z zegarkiem w ręku, postanowiłam wrócić do mojej Świątyni Dumania i przy okazji nagrać kilka słów w celach reklamowych.
Jak ja to lubię… – mam na myśli oczywiście reklamę, nie Świątynię Dumania czy wędrowanie. Podziwiam innych blogerów, instagramerów, którzy każdego dnia potrafią przypomnieć o sobie w social mediach. Ja bloguję codziennie, napisałam 4 książki, dwoję się i troję, ale co z tego, jeśli brakuje mi siły przebicia. Jestem tak niedzisiejsza, że aż boli.
W każdym razie wczoraj pod tym moim cyprysem, po „siedemdziesiątej piątej” próbie i w konsekwencji do połowy rozładowanej baterii w telefonie, udało mi się te kilka słów nagrać, więc dziś znów ponowię prośbę: pomożecie posłać w świat?
Zawirowanie i ginestre bardzo sentymentalnie
Do doliny wtargnęło dziś małe zawirowanie pogodowe. Taki chochlik na koniec lata. Na szczęście zawirowanie ma być chwilowe i reszta września ma upłynąć w klimacie prawdziwej settembriny – czyli wrześniowego lata. A jeśli już o lecie mowa, to w tych dniach tłucze mi się po głowie kilka podsumowań, kilka bardzo sentymentalnych refleksji.
To było drugie, choć tak naprawdę pierwsze lato razem. Lato wyjątkowe, nawet jeśli zaczęło się zdrowotnymi perturbacjami. Odwiedziliśmy razem kilka regionów, zrobiliśmy razem pierwsze cammino, wędrowaliśmy po Apeninach i po Dolomitach, odkrywaliśmy zamki i opuszczone domostwa. Rozpieszczaliśmy się doskonałą kuchnią w najróżniejszych przybytkach, ale też sami gotując na dwie pary rąk. Snuliśmy plany i marzenia. Pływaliśmy w rzece, w morzu, tańczyliśmy na parkiecie, na murawie, na placu małego miasteczka i w kuchni. Podziwialiśmy razem spadające gwiazdy, zaćmienie słońca, rozkwit ginestre i lip. On poznał Mamę i Świtę, pomógł mi przy warsztatach. Był obok mnie w czasie odwiedzin Przyjaciół i nowych Gości.
– Kasia czy ty zdajesz sobie sprawę, że to już rok – powiedziała Gabry – rok na świetle dziennym, ale tak naprawdę dwa.
– To aż trudno uwierzyć. Ja w ogóle czasem nadal w to wszystko nie wierzę.
Do wieczora siedziałyśmy z moimi Przyjaciółkami przy stole w Kuchni w Kamiennym Domu i zajadając pizzę z łezką w oku wspominałyśmy schyłek lata 2024, od którego tak naprawdę wszystko się zaczęło i oczywiście lato 2025, które przeszło dla nas wszystkich do historii. Na początku zimy 2025 marzyłam o tym, by zobaczyć razem kwitnące ginestre. Z drugiej strony byłam pewna, to znaczy rozum mi podpowiadał, że to się w życiu nie uda. Tymczasem ginestre zakwitły, a potem przekwitły i znów zakwitły i jeszcze raz przekwitły i mam nadzieję, że w tym rytmie będziemy wędrować przez następne lata…
Wyszło trochę sentymentalnie.
Dobrego wieczora!


