Nieśmiała oda do zimy
Słońce we Florencji zajdzie dziś o 16.57 – to znaczy, że dzień przy pogodnym niebie będzie trwał mniej więcej do 17.30. To światło – przynajmniej dla mnie – jest kluczowe. Nie tyle ciepło, co właśnie światło. W rubryczkach pogodowych na następne dni dominuje słońce. Niby w weekend ma dotrzeć do nas arktyczne powietrze, więc pożegnamy na jakiś czas te cudowne dziesięć stopni w nocy, ale nawet tu, w Toskanii zimno jest przecież świętym prawem stycznia.
A ten styczeń już prawie odklepał pierwszą dekadę i jak dla mnie może trwać i trwać w nieskończoność. Dopiero niedawno polubiłam „trudne miesiące”, kiedy odkryłam, że to właśnie one są najbardziej bogate w czas tylko dla mnie. Nic nie może równać się z czerwcem w kwestii urody, ale to jest zwykle ten moment w roku, kiedy ogarnia mnie amok wysokiego sezonu i mój rollercoaster gna rozpędzony jak wariat.
Nie polubiłam zimy w dosłownym znaczeniu tego słowa, bo zimno niezmiennie mnie „boli”, a zimno jest mi już od 10 stopni w dół i nie ma znaczenia, czy jest 5 czy -5 – mnie jest tak samo zimno.
Uważność
Zimę nauczyłam się doceniać, bo to przede wszystkim czas moich samotnych spacerów. Lekcji mam o tej porze roku bardzo dużo – być może najwięcej w całym roku, bo nawet w soboty już od 7.00 trajkoczę o niezbędności zaimków, ale jednak nic poza lekcjami – przynajmniej teoretycznie – mnie nie rozprasza. Nazwałabym ten czas Czasem Wielkiej Uważności – uważności jeśli chodzi o mnie samą, o moje myśli, o moje plany, marzenia, uważność jeśli chodzi o detale, o naturę, o pisanie. Na przykład takie banalne kwiatki… Tylko zimą pochylam się nad każdym z nich, bo latem rozprasza mnie ich obfitość, a zimą… Zimą mają zupełnie inną wartość.
W środę, po tym jak Mario zbombardował mnie wieścią o pierwszych fiori di San Giuseppe, poszłam ponad moją łąkę Dyzia. Nie chodziło tylko o sfotografowanie kwiatów, ale też, a może przede wszystkim o „porozmyślanie” wśród natury. W czasie jednej z porannych lekcji, na której dalej wałkowałam z niektórymi temat noworocznych postanowień, jedna z Uczennic przypomniała o „niemarnowaniu czasu”. Uderzyły mnie te słowa ze szczególną siłą i po nich olśniło mnie, że to, co sobie wpisałam na ten rok jako luźne, niezobowiązujące plany, trzeba przekształcić w plany konkretne, przyprawione motywacją i determinacją.
Kiedy w zeszłym tygodniu pojawiła się przede mną propozycja wzięcia udziału w „przygodzie”, o której – nawiasem mówiąc – od lat marzyłam, zaraz asekuracyjnie odpowiedziałam: „tak, tak, bardzo chętnie, ALE…” I kiedy wczoraj patrzyłam na przewalające się za Castellone chmury, pomyślałam, że to moje ALE jest idiotyczne… Trzeba stanąć na głowie i plan zrealizować, bo kto wie, czy może być jeszcze jakieś potem.
Pięknego dnia!


