Bez przebieranek
Miałam wrażenie, że październik nazajutrz po pierwszej kasztanowej sagrze zrzucił z siebie sierpniowy kostium i ubrał się w swoje fatałaszki.
Nadal było (i jest) przyjemnie ciepło, ale nagle czubki lip zrudziały, pod ich koronami dywan coraz bardziej szeleści, cyklamenów ścielą się teraz całe dywany.
Dopiero wczoraj, kiedy wracałam z zakupów do domu, po raz pierwszy poczułam tak naprawdę jesień. Postanowiłam więc po obiedzie wziąć Nikona i ruszyć na krótki fotograficzny spacer – krótki, bo poniedziałki teraz pękają od lekcji w szwach.
Piękny jest ten nasz marradyjski październik, a w tym roku jeszcze bardziej niż zwykle nadzwyczajnej urody. Niby jutro i pojutrze mają się nad nami przetoczyć jakieś deszcze, ale od weekendu znów słonecznie i niezmiennie ponad dwadzieścia stopni na termometrze.
Powoli, jeszcze nieśmiało zerkam na pogodowe okienka na koniec przyszłego tygodnia. Nasza podróż jesienna zbliża się wielkimi krokami. Niby tylko weekend, ale wspólne wojażowanie to zawsze wielka rzecz.
Ściśle tajne i pani reporter
Po niedzielnym grzybobraniu nie mogłam się doczekać, żeby opublikować zdjęcia i opowiedzieć o tym, co znaleźliśmy. Jednak jeszcze przez chwilę muszę się powstrzymać. Gdybym dziś o naszych grzybach miała napisać, opowieść niestety nie byłaby kompletna. Może jutro, może za dwa dni, na pewno w bardzo bliskim „wkrótce”. Nie lubię być enigmatyczna, więc w swoim czasie wytłumaczę też, z czego wynikało to opóźnienie w relacji.
Wczoraj na kolację przygotowaliśmy doskonały makaron – jeden z naszych ulubionych top 5. To był mój wybór, bo w ten sposób przynajmniej mogłam wszystko porządnie sfotografować i podzielić się kolejnym przepisem w Kuchni.
Makaron wyszedł jeszcze lepszy niż zwykle… Nachwalić się siebie nie mogliśmy! Tylko co z tego!? Przypomniałam sobie o robieniu zdjęć, kiedy zaczęliśmy nakładać spaghetti na talerze.
– To sfotografuj teraz – powiedział, patrząc na moją nieruszoną jeszcze porcję.
– Nie, tak to nie. Musi być cała procedura uwieczniona. Nie wiem, gdzie ja mam głowę. Gotujemy tyle dobrych rzeczy, a ja potem nie mam materiału, żeby się nimi podzielić. Co ze mnie za blogerka?!
Łapię się za wiele rzeczy na raz. Poza tym głowę mam zajętą szukaniem nowych możliwości, rozmyślaniem o tym, co i jak poukładać, nie ma się zatem co dziwić, że niektóre drobiazgi mi umykają.
Próbuję w różnych wydawnictwach przepchnąć pomysł piątej książki. Pomysł jest świetny – to wiem, ale przepychanie idzie słabo. Nie czuję się dobrze bez planu, bez deadline, do spełnienia potrzebne mi nowe pisanie. Potrzebuję nowych wyzwań, działania, fotografowania… Znów zaczynam dreptać w martwym punkcie.
Dobrego dnia!


